Moda na Europę Centralną prowadzi do niebezpiecznej euforii

Piotr Kuczyński
opublikowano: 2004-11-22 00:00

Na przełomie 1993/1994 r. też wszyscy zarabiali. Do czasu, kiedy rynek nie wszedł w bessę i wielu „papierowych bogaczy” potraciło majątki.

Z Ameryki

Do czwartku włącznie na giełdach amerykańskich indeksy zmieniały się nieznacznie, ale sesja piątkowa zmieniła obraz techniczny rynku. Na wykresie indeksu S&P 500 pojawiła się złowróżbna formacja podwójnego szczytu, a na wykresie tygodniowym formacja zasłony ciemnej chmury. Obie formacje najczęściej pojawiają się na końcu trendów wzrostowych, co każe zachować dużą ostrożność.

W piątek ropa podrożała o blisko 5,5 procenta, a Alan Greenspan, szef Fed, nieoczekiwanie wystraszył rynki mówiąc, że w związku z narastającym deficytem płatniczym w USA zagraniczni inwestorzy mogą zmniejszyć inwestycje w aktywach denominowanych w dolarach lub będą domagać się wyższych zwrotów (np. rentowności obligacji). Dobił w ten sposób dolara, który już przedtem ucierpiał, bo w Londynie John Snow, sekretarz skarbu USA stwierdził, że nie wierzy w skuteczność interwencji na rynku walutowym, co dało dolarowi zielone światło w jego drodze ku dalszemu osłabieniu. Następnego dnia w Warszawie powiedział, że nie jest prawdą, iż USA popierają politykę słabego dolara. John Snow mówi to zawsze, a USA robią zupełnie co innego. Nie pomogły ostrzeżenia Sadakazu Tanigaki, japońskiego ministra finansów, który powiedział, że sytuacja na rynku walutowym będzie bacznie obserwowana i w przypadku gwałtownych ruchów Japonia będzie interweniowała.

Zagrożenie ucieczką funduszy zagranicznych (funduszy, ale nie banków centralnych, które z uporem bronią dolara) z USA istnieje od dawna, ale inwestorzy czasem zachowują się jak dzieci – zanim im tego ktoś tego wyraźnie nie powie to nie dostrzegają oczywistości. W zeszłym tygodniu pisałem o tym, co według mnie może sygnalizować międzyrynkowa analiza techniczna (MAT) i doszedłem do wniosku, że słabnący dolar może doprowadzić do załamania na rynkach finansowych i w gospodarce.

Do niedawna myślałem, że prognozowany przeze mnie poziom 1,60 dolara za euro jest prognozą odważną. Teraz spotykam już prognozy mówiące o 1,80 USD. To oczywiście nie znaczy, że będzie aż tak źle, ale świadczy o tym jak rynki finansowe traktują amerykańska walutę. Inni, poza Alanem Greenspanem, członkowie Fed też bez przerwy ostrzegają. Na przykład Edward Gramlich, gubernator Rezerwy Federalnej powiedział ostatnio, że „Nasza niska stopa oszczędności i wysoki deficyt budżetowy przekładają się w efekcie na wysokie zadłużenie kraju” i dalej „Gdybyśmy byli każdym innym krajem to taka sytuacja już dawno temu musiałaby zostać zmieniona”. Skala problemu jest olbrzymia, a jeśli doda się do tego deficyt obrotów bieżących to zwiększa się wykładniczo.

USA mogą funkcjonować tylko dlatego, że kraje azjatyckie i częściowo Euroland kupując walory denominowane w dolarach umożliwiają finansowanie amerykańskich deficytów. Nie robią tego z pobudek charytatywnych – wzmacniają w ten sposób dolara zwiększając konkurencyjność swojego eksportu. Taka sytuacja nie może jednak trwać w nieskończoność. Ostatnio Stephen Roach, analityk Morgan Stanley, zwrócił uwagę na to, że indeks dolara spadł (według moich obliczeń o ponad 50 procent) w drugiej połowie lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, a deficyt obrotów bieżących doszedł wtedy do poziomu 3,7 proc. PKB - teraz dochodzi do 5,7 proc., a od szczytu 2002 roku indeks dolara spadł „tylko” o 27 procent.

Naprężenia rosną i nie wiadomo, co będzie lepsze dla gospodarki światowej – szybko osłabienie amerykańskiej waluty czy protekcjonizm, który uderzy w handel zagraniczny i wprowadzi świat w recesję. W końcówce lat osiemdziesiątych, kiedy USA też miały podwójny deficyt, za deficyt handlowy winiono Japonię – teraz oczywiście „winne” są Chiny... Czy nie za dużo tych podobieństw do lat osiemdziesiątych? Pamiętajmy ciągle o krachu w 1987 roku...

Nadchodzący tydzień nie powinien przynieść dużych zmian na rynkach finansowych. We czwartek w USA jest Dzień Dziękczynienia w USA i giełdy są zamknięte, a w piątek giełdy akcji pracują tylko do 19.00. To jest bardzo ważne dla Amerykanów święto, więc już we środę po południu parkiet będzie świecił pustkami. Poza tym danych makro prawie nie będzie, a te, które zostaną podane dotrą na rynek we środę, więc reakcja będzie mizerna. W tej sytuacji zostają dwa dni prawdziwego handlu, podczas których inwestorzy będą już myśleli o długim weekendzie. Trudno w tej sytuacji spodziewać się od środy dużych zmian indeksów czy kursów walut. Praktycznie tylko jakieś wydarzenie z geopolityki mogłoby to zmienić.

Jednak sytuacja techniczna każe z uwagą wpatrywać się w to, co będzie się działo w pierwszych dwóch dniach tygodnia. Jeśli dolar będzie nadal słabł (między 1,31 a 1,32 leży duża podaż, a Japonia zapewne będzie interweniowała) to inwestorzy na rynku akcji mogą się przestraszyć jeszcze bardziej, a taniejące akcje pogłębiłyby ucieczkę z aktywów dolarowych. Tylko szybkie zanegowanie formacji podwójnego szczytu, czyli powrót S&P 500 nad 1 175 pkt. daje szansę bykom.

Z Polski

Polski rynek akcji zachowywał się w minionym tygodniu nieciekawie. Indeksy zmieniały się nieznacznie, ale zwracały uwagę bardzo duże obroty (i to nawet bez PKO BP). Takie obroty nie są jednoznaczne, bo w czasach internetowej hossy też były olbrzymie – jedne fundusze wychodziły, a inne wchodziły i potem, na pewien czas, te wchodzące wygrały. Faktem jest jednak, że małe zmiany indeksów z dużym obrotem, na wysokich poziomach zazwyczaj sygnalizują trwającą dystrybucję akcji i dlatego sytuacja nie jest jasna.

Sytuację utrudnia fakt trwania ostatniej, piątej fali hossy. Ta fala potrafi być bardzo kapryśna. Zdarzają się zarówno nagłe jej skrócenia jak i całkiem poważne wydłużenia – może trwać nawet wiele tygodni. Najlepiej widać układ fal na giełdach nowych krajów Eurolandu, a szczególnie na czeskim indeksie PX-50. Kontynuuje on klasyczną falę piątą w jej euforycznym wydaniu.

Wszędzie podczas ofert pierwotnych popyt wielokrotnie przewyższa podaż i wszyscy kupujący akcje z ofert zarabiają. Jak czyta się komentarze agencyjne to widać wyraźnie, że nadzieje na zyski w regionie są olbrzymie. Na przykład wypowiadając się dla agencji Reutersa Antony Isaacs, szef w części CSFB zajmującej się rynkiem akcji powiedział, że „jest jeszcze dużo miejsca do wzrostu”. Tak myślą i inni i dlatego w Europie Centralnej tak mocne są waluty i rynki akcji. Czy to nam czegoś nie przypomina? Mnie bardzo przypomina sytuację z przełomu 1993/1994. Też wszyscy zarabiali. Do czasu, kiedy rynek nie wszedł w bessę i wielu z tych „papierowych bogaczy” potraciło majątki.

Pieniądze do Polski płyną, popyt na obligacja jest olbrzymi i nic nie hamuje wzmacniania się złotego. Każde zagrożenie czy to z polityki czy z realnej gospodarki działa tylko na chwilę. Nawet osłabienie forinta na razie na złotego nie wpływa. Na Węgrzech trwa walka między rządem a bankiem centralnym, a forint nadal jest bardzo silny. Można sobie wyobrazić, że jeśli złoty będzie się nadal wzmacniał to w przedwyborczych nastrojach nasi politycy też wkrótce rozpoczną walkę z Radą Polityki Pieniężnej, a jeśli ich posunięcia zaczną grozić realnymi zmianami w gospodarce to reakcję niewątpliwie zobaczymy. Widać, że złoty jest też w piątej fali hossy. Jeśli opuści formację klina to najbliższy opór będzie miał na poziomie 4,1886, a potem w okolicach 4,14 na linii szyi formacji RGR. To wszystko są jednak poziomy, które dzięki euforii mogą pęknąć, ale przebudzenie będzie bardzo bolesne.

Nie przestaje mnie zadziwiać to, że rynki zawsze, od krachu na rynku cebulek tulipanowych w XVII wieku, powtarzają te sam schemat irracjonalnej, napędzanej chciwością pogoni za zyskiem. Nie widać, żeby inwestorzy w swojej masie wyciągali wnioski z historii. Zawsze w końcu hossy obowiązuje hasło „teraz będzie inaczej”. Zawsze są jakieś uzasadnienia dla wyższych wycen.

Teraz hossę na rynku akcji i walut napędza oczywiście nadzieja na to, że nowe kraje Unii będą gospodarczymi tygrysami i dlatego w nich można jeszcze dużo zarobić. Analitycy i zarządzający funduszami jednym tchem mówią o znacznym wzmocnieniu złotego również w przyszłym roku i o tym, że silny złoty będzie szkodził gospodarce nie widząc, że sami sobie przeczą. W którymś momencie tego szaleństwa, zwanego modą na Europę Centralną, inwestorzy zagraniczni oprzytomnieją i zobaczą, że na przykład silny złoty (ale nie tylko bo i słabe otoczenie gospodarcze na świecie) szkodzi gospodarce i zaczną uciekać.

W nadchodzącym tygodniu odbędzie się posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej, ale mała dynamika produkcji i zapowiedzi zmniejszania się inflacji, mimo że nadal jest wysoka, powinny Radę powstrzymać przed podniesieniem stóp, co zresztą w niczym sytuacji nie zmieni. Oczekiwałem, że w okolicach oferty PKO BP złoty zacznie się osłabiać, bo podziałają obawy polityczne i zniknie nadzieja na wymiany walut. Pomyliłem się, co mi się zdarza w falach piątych, bo widząc entuzjazm i euforię wysiadam z pędzącego i przyspieszającego pociągu na pierwszej stacji. Wiem dobrze, że w hossie żaden analityk nie jest w stanie przewidzieć, kiedy nastąpi koniec.

Trzeba jednak umieć zdefiniować, w jakiej rynki są fazie. A według mnie są w fazie euforii. Owszem na polskim rynku akcji tego nie widać (być może jest opanowany przez bardziej konserwatywnych graczy), ale na węgierskim i czeskim widać to wyraźnie, a na rynkach walutowych jest to aż nadto widoczne. Hossa trwa dopóki nie powstaną sygnały jej końca, a na razie takich sygnałów nie ma. Jednak tylko dwie rzeczy powstrzymują mnie jeszcze przed ogłoszeniem początku bessy zarówno na rynku akcji jak i złotego. Jedna to brak euforii na rynku akcji (na rynku walutowym jej objawy są oczywiste), a druga to brak obraźliwych listów pod moim adresem. Praktycznie zawsze, kiedy wieściłem koniec euforycznych zwyżek pojawiały się dyskredytujące maile od inwestorów, którzy chcieli zarobić jeszcze więcej. Zazwyczaj oznaczało to, że do koca hossy zostało kilka dni.