Andrzej Piotrowski, analityk z Centrum im. Adama Smitha, uważa, że kara pieniężna dla monopolisty powinna być dotkliwa, ale nie powinna odbić się na kieszeni jego klientów.
Joanna Wrześniewska (Polsat): Czy zaskoczyła Pana wiadomość, że Urząd Regulacji Telekomunikacji i Poczty anulował karę wysokości 350 mln złotych, nałożoną przez Urząd Regulacji Telekomunikacji na TP SA?
Andrzej Piotrowski (Centrum im. Adama Smitha): Mówiło się, że ten prezes (Witold Graboś) anuluje decyzję poprzedniego prezesa (Kazimierza Ferenca). Można to odbierać jako decyzję bardziej polityczną niż merytoryczną — tym bardziej że jednym z wiceprezesów URTiP został jeden z dyrektorów okręgowych TP SA, czyli operatora, z którym URT toczył najwięcej sporów. Ważniejsza jest jednak odpowiedź na pytanie, czy Telekomunikacja Polska faktycznie popełniła przewinienie, czy też nie. A jeśli tak — to czy kara pieniężna jest najskuteczniejszą metodą eliminacji takich patologii.
Złośliwi internauci stwierdzili, że URT właśnie po to przekształcono w URTiP, aby można było anulować karę nałożoną na TP SA...
To był fragment większego planu reorganizacji urzędów centralnych. Osobiście uważam, że pozostał jeszcze jeden organ, który też należałoby zlikwidować albo wcielić — Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji, która — nie wiadomo czemu — jest odrębnym ciałem.
Czy ktoś wywodzący się z TP SA nie może pracować w URTiP i czy to nie powinno być jakoś uregulowane?
Prawnie jest to raczej trudne do uregulowania, ponieważ bardzo wiele zależy od konkretnej osoby. Zawsze jednak jest to sytuacja odrobinę ryzykowna, ponieważ pamiętając o konflikcie z byłym pracodawcą, zawsze patrzy się na niektóre sprawy innymi oczyma, niż widzi je rynek. O firmach takich jak TP SA mówi się czasami, że mają one tzw. syndrom grupowego myślenia. Krytykowanie przez wiele osób z zewnątrz powoduje wytworzenie się w firmie warstwy ochronnej, uniemożliwiającej dostrzeganie prawdziwych problemów. Dominuje przekonanie, że to świat jest zły, a my jesteśmy dobrzy. Czy z takiej choroby można się szybko wyleczyć?
A może właśnie o zdrowiu TP SA świadczy fakt, że do tej pory nie zapłaciła jeszcze żadnej kary?
Każdy ma prawo do obrony na drodze postępowania administracyjnego. Jednak tutaj problemem jest umowa prywatyzacyjna, w której należało zastrzec pewne zamierzenia państwa — na przykład demonopolizację rynku — i uzyskać od nowego właściciela gwarancje, że nie będzie tego typu kroków bojkotował. TP SA odwołała się od uznania jej przez URT za operatora dominującego, czyli monopolistę — w sytuacji posiadania przez nią 90 proc. rynku! A zatem odwołała się od rzeczy oczywistej, ponieważ opłaca się jej procedowanie w sądzie.