Obrażony Marek Jurek potwierdził, że nie ma mowy o jego powrocie na fotel marszałka Sejmu. Z uznaniem za tę rzadko spotykaną „honorność” wypada jednocześnie wyrazić żal, że w ogóle przyjął marszałkowską laskę półtora roku temu. Przekształcając Sejm w legislacyjnego wasala rządzącej partii, nawiązał do najwybitniejszych osiągnięć PRL. Co prawda wszyscy marszałkowie III RP w naturalny sposób preferowali interesy partii, które ich wystawiały (najbardziej Józef Oleksy), ale żaden nie robił tego tak demonstracyjnie, dosłownie na pstryknięcie palcami pryncypała.
Jedynym realnym kandydatem Prawa i Sprawiedliwości na nowego marszałka jawi się Ludwik Dorn. No, chyba że Jarosław Kaczyński woli go jednak trzymać, na wszelki wypadek, przy sobie i zagra, powiedzmy, Kazimierzem Michałem Ujazdowskim dla uspokojenia frakcji Jurka. Inne kandydatury z klubu PiS przekraczają granice śmieszności. W tym stanie rzeczy wypadałoby się zastanowić, czy nie nadszedł czas na opcję zerową i powrót do koncepcji z samego początku kadencji, przypomnianej w tytule. Z punktu widzenia interesów Polski naprawdę jest ona do, a nie od rzeczy.
Przypomnijmy, że stanowisko marszałka Sejmu zaoferował Donaldowi Tuskowi łaskawca Jarosław Kaczyński bezpośrednio po ogłoszeniu zwycięstwa Lecha Kaczyńskiego w drugiej turze wyborów prezydenckich. Jednak totalnie zszokowany porażką lider PO nie przyjął propozycji zostania protokolarnie drugą (przed premierem) osobą w państwie, bo uznał to za ochłap, na dodatek rzucony przez wrażą rękę. Potem wiadomo, co się stało — zamiast oczekiwanego przez
społeczeństwo stabilnego rządu POPiS
mamy półtora roku upadku politycznych standardów i przekraczania społecznych granic przyzwoitości.
Należę do tej części elektoratu Donalda Tuska, która uważała, uważa i będzie uważać jego postawę obrażonego przedszkolaka za obiektywne szkodnictwo dla Polski. Prezentowanie na kolejnych konferencjach prasowych poparcia dla PO w sondażach ma wartość jedynie akademicką i staje się już zwyczajnie nudne. Z silnym, rodzinnym poparciem prezydenta rząd PiS jest realnie nie do ruszenia, nawet jako mniejszościowy. Tym bardziej że premiera/prezesa Jarosława Kaczyńskiego ogarnął już syndrom trwania u władzy za wszelką cenę — z czystej troski o bezpieczeństwo i pomyślność kraju. Pamiętam, że podobnymi argumentami „bez nas otchłań” straszyła społeczeństwo PZPR w roku 1989.
Tytułowa propozycja jest na pierwszy rzut oka karkołomna, ale jeśli liderzy PiS i PO rzeczywiście myślą o deklarowanym codziennie dobru Polski — powinni przestać wzajemnie się na siebie wzdrygać i spokojnie ją przemyśleć. Trafia się wyborna okazja, aby dwa i pół roku do planowych wyborów w 2009 r. miało jednak w Polsce inne polityczne oblicze niż dotychczasowa półtoraroczna hucpa.
Jacek Zalewski