Na barce i furmankach ratowali regalia i arrasy

Determinacja i odwaga muzealników we wrześniu 1939 r. to gotowy scenariusz sensacyjnego serialu. Gdyby nie oni, dziś na Wawelu oglądalibyśmy gołe ściany

Niemcy byli znakomicie przygotowani do rozpoczęcia wojny z Polską. Oprócz formacji czysto militarnych w ciągu miesięcy poprzedzających wybuch wojny stworzyli listy przedstawicieli inteligencji przeznaczonych do natychmiastowego zamordowania oraz dzieł sztuki do zrabowania. Polscy muzealnicy i archiwiści zdawali sobie sprawę z wyjątkowego zainteresowania niemieckich historyków sztuki polskimi zbiorami. Nie byli w stanie z powodów finansowych i logistycznych zabezpieczyć bądź ukryć wszystkich dzieł, dlatego najwięcej uwagi poświęcili najcenniejszym, najmocniej związanym z tożsamością narodową i państwową.

ZYGMUNTOWSKIE SKARBY:
Zobacz więcej

ZYGMUNTOWSKIE SKARBY:

Arrasy wawelskie zostały zamówione przez Zygmunta Augusta, a wykonane w Brukseli w połowie XVI w. Z kolekcji 170 zachowały się 142, które możemy podziwiać na Wawelu, m.in. w Sali Senatorskiej, gdzie prezentowane są egzemplarze z serii biblijnej, m.in. Dzieje Noego. FOT. M. LASYK/REPORTER

Jednym z najważniejszych zbiorów był skarbiec wawelski, obejmujący regalia, szczerbiec — miecz koronacyjny królów polskich, najcenniejszą na świecie kolekcję arrasów, zbroje, chorągwie, biżuterię i inne cenne pamiątki. Przygotowane dosłownie w przededniu wojny do spakowania, zajęły ostatecznie 21 wielkich skrzyń i 8 rulonów. Już pierwszego września stało się jasne, że najcenniejszą kolekcję należy ewakuować ze względu na szybki postęp wojsk niemieckich. Niestety, na skutek paraliżu i dezorganizacji aparatu państwowego kontakt z naczelnym dowództwem został zerwany i wcześniejsze plany ukrycia skarbu na kresach stały się nieaktualne.

W tej nadzwyczajnej sytuacji powstał nieformalny komitet ochrony skarbu, który utworzyli: dr Stanisław Świerz-Zaleski — kustosz zbiorów wawelskich, Adolf Szyszko-Bohusz — kierownik renowacji zamku, i dr Stanisław Taszakowki — kierownik administracji Wawelu. Później dołączyli do nich: Józef Krzywda-Polkowski — architekt ze służby odnowienia zamku, oraz Bogdan Treter — konserwator wojewódzki. Zwrócili się do wojewody o użyczenie kolumny samochodowej, ten jednak odmówił, tłumacząc się koniecznością ewakuacji swojego urzędu...

W sytuacji zagrożenia zniszczeniem narodowego skarbu i obojętności władz cywilnych na pomoc historykom przyszedł Franciszek Miś, flisak zajmujący się transportem węgla, który mimo zagrożenia bombardowaniem zgodził się na transport ładunku do bezpiecznego z pozoru Sandomierza. Trzeciego dnia wojny, o godzinie 21, barka wypłynęła z Krakowa. Kolejne dni były naznaczone walką z brakami paliwa, dezorganizacją i dezinformacją — najgorszym chaosem, jaki może się przytrafić na wojnie.

Sandomierz okazał się niebezpieczny, barka płynęła więc dalej, aż do Kazimierza, pod którym nastąpił wyładunek skarbu. Mimo trwającego pożaru renesansowego miasta Leopold Pisz, naczelnik poczty, łamiąc rozkaz ewakuacji placówki, postanowił zorganizować kolumnę samochodów i ostatni regularny oddział wojskowy dla zabezpieczenia konwoju. Obiecana pomoc jednak nie nadeszła. Batalion został zdziesiątkowany w trakcie nalotu, a samochody nie nadawały się do użytku.

I znowu, wobec braku wsparcia instytucjonalnego wsparcie z narażeniem życia okazali prości ludzie, którzy zapewne nigdy nie mieli nawet okazji podziwiania zbiorów wawelskich. Wiejskimi furmankami nocą przez drogi Lubelszczyzny Józef Pałka, Józef Samorek, Jan Zadora, Jan Lenart, Bronisław Węgielski, Walenty i Julian Karczmarczykowie, Antoni Wrzesiński, Jan Grzegorczyk, Konstanty Saran i Czesław Grzegorczyk dowieźli m.in. zygmuntowskie arrasy i piastowski szczerbiec do szkoły w Wojciechowie, a następnie znów kolumną furmanek do Tomaszowic, gdzie załadowano je na długo oczekiwane wojskowe ciężarówki. Konwój skierowano początkowo do Zamościa, a później na Wołyń, w stronę granicy rumuńskiej. W pierwszych dniach ewakuacji od skarbu Niemców dzieliło trzy dni, na etapie jazdy furmankami były to zaledwie godziny.

Bez cienia przesady można mówić, że determinacja kustosza wawelskiego uratowała najcenniejsze dobra narodowe przed zniszczeniem. Docenić to należy zwłaszcza w obliczu wszechobecnej wówczas pożogi, śmierci, bombardowań i strachu. Dalsza droga wiodła przez spokojną Rumunię, Morze Czarne i Śródziemne do Francji i Kanady. Tam pozostały zamknięte przez ponad 20 lat. Mimo zakończenia wojny skarby wawelskie z trudem wracały do Polski. Stały się kartą przetargową w rękach Kanady, USA i Zjednoczonego Królestwa. Dyplomacja PRL osiągnęła pierwszy sukces pod koniec lat 50. — w 1959 r. pierwsza część kolekcji, w tym najsłynniejszy polski miecz, wróciła do kraju. Na pozostałe elementy trzeba było czekać jeszcze dwa lata.

Jeszcze dłużej na docenienie swojego poświęcenia czekali ci, którzy ryzykując życie, służyli ramionami, barkami i furmankami w transporcie dzieł sztuki. Nigdy nie dopominali się o odznaczenia czy zaszczyty, otrzymali je dopiero dzięki interwencji muzealników u najwyższych urzędników państwowych. Nie wszyscy dożyli tych chwil, ale ci, którym było to dane, otrzymali dowody wdzięczności od państwa 10 stycznia 1974 r. podczas uroczystości w Kazimierzu Dolnym.

 

Czytaj więcej na www.pb.pl/puls-historii

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Marcin Dobrowolski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Na barce i furmankach ratowali regalia i arrasy