Na blokadzie e-porno da się zarobić

opublikowano: 31-01-2014, 00:00

Drakońskie prawo w sieci nam nie grozi. Co nie znaczy, że rodzice nie będą mogli odciąć dzieci od „różowych” stron. Odpłatnie.

— Zablokujmy dzieciom prawnie dostęp do porno treści — apelowała w zeszłym roku Beata Kempa, posłanka Solidarnej Polski.

— Nie zablokujemy dostępu do legalnych treści, nawet jeśli estetycznie czy etycznie nam nie odpowiadają — powiedział jej Donald Tusk. I na tym — pozornie — skończył się pomysł pójścia w ślady Wielkiej Brytanii, która pod rządami Davida Camerona przeforsowała antypornograficzne obostrzenia w sieci. Jednak po cichu biznes robi swoje i możliwe, że już niedługo czołowi operatorzy kablowi i komórkowi wprowadzą możliwość blokowania „różowych” treści. Jednak stanie się to bez prawnego pręgierza. Bo skoro coś może przynieść zyski, to nie potrzeba restrykcyjnego prawa, by to spopularyzować.

Być jak BT

Brytyjskie media wciąż nazywają antypornograficzne przepisy powrotem cenzury. Nic to, że na żądanie abonenta dostęp do wszystkich „różowych” treści można było przywrócić. Natychmiast też zareagował biznes — pojawiła się darmowa i płatna wersja nakładki na przeglądarkę Chrome, dzięki której można ominąć obostrzenia bez interwencji u operatora. Interes zwietrzył też British Telecom, największy dostawca internetu na Wyspach.

— Udostępnił on swoim abonentom panel administracyjny, za pomocą którego rodzic (abonent) może ustawić poziom bezpieczeństwa. Do tego np. w godzinach wieczornych może całkowicie usunąć zabezpieczenia — tłumaczy Karol Jodko-Kamiński, prezes 4sync Solutions, mającego ambicję dostarczyć narzędzia wspierające zarządzanie dostępem do wrażliwych treści na poziomie operatorów telekomunikacyjnych i kablowych w Polsce. Tyle że warszawski biznesmen nie lobbuje za odgórnymi zakazami. Jak na razie koncentruje się na udowadnianiu, że te rozwiązania są technicznie możliwe. 4sync Solutions pracuje nad nimi od kilku lat, posiada komercyjne wdrożenie oraz jest w trakcie testów u m.in. operatorów kablowych.

— Nie mamy takich rozwiązań w ofercie — przyznają przedstawiciele największych dostawców internetu w Polsce.

Cena cenzury

Karol Jodko-Kamiński, nie mając konkurencji, robi zatem podchody pod lokalnych liderów rynku telekomunikacyjnego. Ci z jednej strony opierają się, bo przecież ściąganie z sieci „różowych” danych generuje 30 proc. ruchu w internecie, jednak i na ograniczeniach treści w sieci mogą zarabiać. Dlaczego? Model działania 4sync Solutions opiera się na specjalnych urządzeniach wpinanych w sieć operatorów i nie wymaga instalowania czegokolwiek na urządzeniach abonentów. Potrafi też m.in. blokować reklamy, czyścić z metadanych przesyłane siecią dokumenty czy pełnić rolę antywirusa.

— Całością steruje się przez panel użytkownika. Zawiera on też takie funkcje, jak m.in. różne poziomy ograniczeń dla różnych urządzeń w sieci czy raporty z prób naruszeń ograniczeń. Co najważniejsze, nie znając loginu i hasła do panelu sterowania, ciężko jest obejść ograniczenia — uważa prezes 4sync Solutions. Koszt wdrożenia takich rozwiązań to nawet kilkaset tysięcy złotych, jednak zdaniem Jodko-Kamińskiego, biznesowo nie powinno być to traktowane jako koszt, ale jako inwestycja i źródło przychodu. Za tę usługę będziemy bowiem operatorom płacić nawet kilkanaście złotych miesięcznie.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Karol Jedliński

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu