Na GPW rządziły niedźwiedzie

Włodzimierz Uniszewski
opublikowano: 2008-06-18 17:50

Giełdowy przekładaniec trwa w najlepsze, powiększając nerwowość na właśnie testującym dno bessy rynku. W trwającej od kilku dni konsolidacji na tym newralgicznym poziomie dzisiaj przyszedł czas na spadek.

Zachowanie warszawskiego rynku wpisało się w schemat widoczny na niemal wszystkich giełdach, gdzie po silnym odbiciu z poziomu marcowego dołka i niedawnej korekcie tej fali wzrostowej zaczęła dominować niepewność i oczekiwanie nowych impulsów. Wyczerpał się optymizm wynikający z opanowania pożaru na amerykańskim rynku kredytowym, a już dały się odczuć skutki agresywnej polityki monetarnej prowadzonej w tym celu przez Rezerwę Federalną. Globalna inflacja wyraźnie przyspiesza, a droga ropa grozi spowolnieniem gospodarczym i obniżeniem rentowności spółek.
Już od rana nastroje w Europie psuło słabe zamknięcie amerykańskich indeksów, które spadły pod wpływem obaw właśnie o niekorzystne sprzężenie coraz wyższych cen płaconych przez producentów i słabnącej koniunktury w gospodarce. W takiej sytuacji o wzrostach nie mogło być mowy, choć na szczęście podaż nie uderzyła z siłą, jaką potrafiła pokazać jeszcze całkiem niedawno.
Pierwsze transakcje zepchnęły Wig20 znowu pod poziom 2700 pkt. Sytuacja nie wyglądała jednak na groźną, gdyż ten spadkowy impuls nie doczekał się szybkiej kontynuacji, a o spadku zainteresowania handlem taniejącymi akcjami świadczyły znacznie mniejsze niż poprzedniego dnia obroty. Szybko pojawiło się zniechęcenie i warszawskie indeksy na długie godziny uwięzły w wąskich kanałach, niemal nie zmieniając wartości.

Rynek przebudził się z tego letargu dopiero grubo po południu, gdy opublikowano krajowe dane makroekonomiczne, a kilka amerykańskich spółek ogłosiło wyniki. Niestety, żadna z tych informacji nie podziałała stymulująco na popyt. Krajowa produkcja przemysłowa rozczarowała rosnąc w skali roku o zaledwie 2,3 proc. wobec spodziewanych 7,4 proc. Mimo aż dwóch długich weekendów w maju rozbieżność była zaskakująco duża. W końcu te przerwy były już uwzględnione w prognozach. Może to wypadek przy pracy i już w przyszłym miesiącu pojawią się lepsze dane, a może jednak symptom czegoś mniej przyjemnego.

Za oceanem nieco lepsze od oczekiwań wyniki podał kolejny bank inwestycyjny – Morgan Stanley, ale nie zostały one dobrze przyjęte. Sprzedawano także akcje FedEx po tym, jak firma ogłosiła stratę w wyniku horrendalnie wysokich kosztów paliwa. Inwestorów wystraszył też bank regionalny z Ohio, który obciął drastycznie dywidendę i zapowiedział podniesienie kapitału. Ta informacja wpisała się doskonale w modny obecnie na Wall Street scenariusz zakładający pogorszenie sytuacji banków regionalnych.
Wynikające z sumy tych czynników słabe otwarcie na Wall Street dało stronie podażowej sygnał do ponowienia ataku. Warszawskie indeksy powtórnie znalazły się pod presją i niestety zakończyły dzień w pobliżu dziennych minimów. Wig20 wylądował tuż nad wyznaczonym w styczniu sesyjnym dołkiem tegorocznej koniunktury, a mWig40 ustanowił niestety nowe roczne minimum zamknięcia. Obroty wyraźnie spadły do poziomu 1,18 mld. zł., a trzykrotnie więcej spółek straciło na wartości niż zyskało.
Z wyjątkiem KGHM i Orlenu, który długo utrzymywał się nad kreską, najcięższe blue chipy zawiodły. Szczególnie rozczarowała postawa silnej ostatnio Telekomunikacji. Jej akcje potaniały o 3,6 proc., być może po informacji, że mogą wystąpi prawne problemy z zamianą nałożonych na nią kar na inwestycje. Prawie 4 proc. stracił Lotos po ogłoszeniu źle odebranych przez rynek planów kosztownej ekspansji inwestycyjnej. O tym, że inwestycyjny pesymizm nie jest jeszcze absolutny świadczyć może powodzenie oferty pierwotnej ZA Tarnów, gdzie zapisy zredukowano prawie o połowę.
Już po sesji opublikowano dane o zapasach paliw w USA i okazało się, że spadły one już piąty raz z rzędu – o 1,2 mln. baryłek do poziomu 301 mln. O identyczną wielkość spadły też zapasy benzyny. Wykorzystanie mocy produkcyjnych rafinerii wzrosło do poziomu 89,3 proc. z 88,6 proc. przed tygodniem. Na szczęście tym razem cena ropy zareagowała spadkiem, co może świadczyć o typowej sprzedaży po podaniu wiadomości, która nie była w stanie dźwignąć ceny wyżej. Ta realizacja zysków na ropie daje szansę, że amerykańskie indeksy nie zakończą dnia dramatycznym spadkiem.
Tak czy owak amerykańscy inwestorzy nie kwapią się do kupna akcji, widząc coraz więcej czynników ryzyka – od drogiej ropy i inflacji, przez możliwy wzrost stóp procentowych po gorsze od prognoz wyniki spółek. Nadal jednak nie widać czarnego pesymizmu, który sygnalizowałby ustanowienie trwalszego dołka. Wskaźniki nastrojów nie są jeszcze jednoznacznie bycze.

Najlepiej pod tym względem wygląda poziom nastrojów drobnych inwestorów opracowywany przez Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych. Aż 54 proc. z nich jest pesymistami. Tylko w połowie stycznia pesymistów było więcej – 59 proc. Ponieważ wiadomo, że opinie drobnych inwestorów są klasycznym antywskaźnikiem, taki odczyt może budzić nadzieję. Niestety, profesjonalni doradcy nie są już tak pesymistyczni. Preferują obecnie wyraźnie większą ekspozycję na akcje niż w marcu. Taki odczyt jest w zasadzie neutralny. Podobnie neutralny jest obecnie wskaźnik nastrojów publikowany przez Investor's Intelligence. Także indeks zmienności VIX oraz relacja liczby opcji sprzedaży do opcji kupna są dalekie od ekstremów co sugeruje, że do przełomu i wyjścia z konsolidacji górą szybko raczej nie dojdzie. Można mieć co najwyżej nadzieję, że jeśli w końcu nastąpi upragniona korekta na rynku ropy, amerykańskie indeksy zdołają oddalić się na bezpieczną odległość od marcowych dołków.