Na nich znowu warto postawić

Grzegorz Nawacki
opublikowano: 2009-02-11 00:00

Warto znaleźć fundusze i zarządzających, którzy mogą przynieść kokosy, jeśli skończy się bessa.

Sprawdziliśmy, które TFI i jacy zarządzający mogą trafić w dno prawie dwuletniej bessy

Warto znaleźć fundusze i zarządzających, którzy mogą przynieść kokosy, jeśli skończy się bessa.

Jak odrobić kilkadziesiąt procent stracone przez półtora roku? Nad tym głowią się setki tysięcy klientów krajowych funduszy akcyjnych. Do myślenia skłaniają wypowiedzi coraz liczniejszego grona ekspertów, wieszczące zbliżający się koniec bessy. Tylko jak wybrać fundusz, który straty odrabi galopem, a nie stępem? Wskazówkę może dać historia poprzedniego odwrócenia trendu.

Sprawdziliśmy, którzy zarządzający najlepiej odczytali nadchodzące zmiany po pękniętej bańce internetowej. Na tapetę wzięliśmy trzyletni okres (taki horyzont inwestycyjny dla funduszy akcyjnych sugerują TFI) liczony od dna bessy w październiku 2001 r. Różnice są ogromne. Najlepszy (Skarbiec Akcja) w trzy lata zarobił dla klientów ponad 117 proc., podczas gdy najgorszy (DWS Akcji) — niecałe 58 proc. Prześledziliśmy też, co od tego czasu zmieniło się w składzie sztabów zarządzających funduszami. A działo się sporo. Dość powiedzieć, że z 12 funduszy działających w 2001 r. tylko trzema zarządzają dziś te same osoby.

Atak na WTC

Wstrzymane kredyty, opcje, bankructwa, spowolnienie gospodarcze — to dzisiejsza rzeczywistość. Dla wielu najczarniejszy z czarnych scenariuszy. A jak działo się wtedy?

— Poprzednia bessa skończyła się w okolicach czwartego kwartału 2001 r., po ataku na World Trade Center. Pod koniec też wydawało się, że świat, który znamy, kończy się i przechodzimy do globalnej wojny z terroryzmem. Obawiano się, że w każdej chwili terroryści mogą uderzyć powtórnie. Spółki IT, które w drugiej połowie lat 90. wzrosły podczas bańki internetowej, potaniały o 80-90 proc. od szczytu z przełomu 1999 i 2000 r. — mówi Sebastian Buczek, prezes Quercus TFI, który wówczas zarządzał ING Akcji.

Na hossę przyszło poczekać aż do marca 2003 r. Przez blisko półtora roku królowała flauta, która dla wielu inwestorów okazała się wyniszczająca. Za wcześnie optymizm wykazali zarządzający Arką Akcji. Dokupili akcji w 2002 r. i rok zamknęli ponad 14,5-procentową stratą, podczas gdy konkurenci wyszli na plus. Dopiero w kolejnych latach, gdy hossa się rozkręciła, odważna strategia Piotra Przedwojskiego, zarządzającego Arką, pozwoliła zdystansować konkurentów. Trzymanie nerwów na wodzy to metoda na sukces Ryszarda Rusaka, zarządzającego Unikorona Akcje.

— Nasza strategia przewiduje czekanie na solidne podstawy potwierdzające trwały trend wzrostowy. Wówczas jest ryzyko, że zwiększymy alokację 2-3 miesiące od dołka, ale w wieloletnim cyklu takie opóźnienie nie ma większego znaczenia — mówi Ryszard Rusak.

Oprócz zwiększenia udziału akcji trzeba też zdążyć przebudować portfel z defensywnego na wzrostowy.

— Są takie spółki, które w czasie spadków zachowują się dość stabilnie, ale gdy przychodzą wzrosty, nie rosną tak jak rynek. Jeśli ma się ich zbyt dużo w portfelu, odbija się to na wyniku. Zawsze staramy się wybierać spółki o największych możliwościach wzrostu — co czasami powoduje, że oddalamy się od głównego nurtu. Sztuką jest mieć je w portfelu, zanim inni zechcą w nie zainwestować — mówi Piotr Przedwojski.

Człowiek kontra firma

Wielu zarządzających pamiętających poprzednią bessą dziś pracuje w innej instytucji (patrz tabela). Czy klienci powinni podążać za nimi, czy postawić na sprawdzoną instytucję?

— Patrzyłbym raczej na zarządzającego, choć nie przekreślałbym instytucji tylko z powodu odejścia jednej osoby. Optymalna sytuacja to taka, gdy funduszem, który miał dobry wynik, zarządza ta sama osoba. Z drugiej strony, jeśli fundusz był słaby i wymienił zespół, to można liczyć na poprawę — mówi Tomasz Publicewicz, analityk Analiz Online.

Niektóre TFI, m.in. ING i Legg Mason, przekonują, że nie liczą się pojedyncze osoby, lecz dobrze zorganizowane zespoły.

— W Polsce funkcjonują zarówno TFI, w których większość odpowiedzialności spoczywa na barkach jednej osoby, jak i te, gdzie komitety nakładają na zarządzającego bardzo sztywne ramy. Nie ma prawidłowości, który system się lepiej sprawdza — dodaje Tomasz Publicewicz.

Ważne, by do zmian nie dochodziło zbyt często.

— Czynnik ludzki jest istotny. Zarządzający musi mieć swobodę. Oczywiście nie podejmuje decyzji samodzielnie, bo działa komitet inwestycyjny, ale nie może on krępować zarządzającego. Ważna jest stabilność zespołu. Rotacja nie sprzyja stabilności wyników, bo oznacza częstą przebudowę portfela, a ludzie też potrzebują cza- su, by się nauczyć ze sobą pracować — mówi Ryszard Rusak.

okiem EKSPERTA

Ryszard Rusak

zarządzający Unikorona Akcje

Wszyscy byli zmęczeni

Teoretycznie dołek poprzedniej bessy był w październiku 2001 r., ale potem jeszcze przez wiele miesięcy panowało zniechęcenie. Od lipca 2002 do marca 2003 r. można mówić o spadkach. Udeptywanie dna trwało długo. Brakowało dobrych informacji. Wszyscy byli już zmęczeni spadkami. Z drugiej strony czekano, aż ceny staną się atrakcyjne. Kluczem było nie wychylić się za wcześnie i zbyt agresywnie nie zwiększyć alokacji w akcje.

Poprzedni kryzys przebiegał zupełnie inaczej niż obecny. Problemów na taką skalę nie miał sektor finansowy. Nie padały też gigantyczne instytucje. Dotcomy, które wówczas bankrutowały, miały dużą kapitalizację, ale nie były dużymi firmami. Hasłem przewodnim tamtej hossy stało się: konwergencja i eksporterzy, którzy mieli dużo lepsze perspektywy niż dziś: niższe koszty, duże bezrobocie, więc łatwy dostęp do pracowników i sprzyjający kurs euro.

okiem EKSPERTA

Piotr Przedwojski

zarządzający Arka Akcji

W bessie nikt nie myśli o wzrostach i kupowaniu

Rynek w latach 2001-04 różnił się znacznie od dzisiejszego. Było dużo mniej spółek i mniejsze obroty. Zarządzanie

funduszem też wyglądało ina-

czej. W 2000 i 2001 r., gdy bes-

sa się rozkręciła na dobre, nam

udało się wypracować wyniki

lepsze niż rynek. W 2002 r.

zbyt wcześnie zwiększyliśmy udział akcji i to spowodowało gorszy wynik. Niektóre spółki już wtedy rosły, ale rynek jako całość wciąż zachowywał się nie najlepiej. W 2003 r. przebudowaliśmy portfel. Wyniki się poprawiły. Od II połowy 2003 r. mieliśmy już portfel pełen akcji, co procentowało w kolejnych latach. O tym, że zaczyna się hossa, przekonało nas wiele czynników, m.in. dane makro i zachowanie kursów. W hossie nikt nie myśli o spadkach i sprzedawaniu, a w bessie o wzrostach i kupowaniu. Niestety, większość klientów inwestuje na szczycie hossy, a wycofuje się po spadkach.

okiem EKSPERTA

Sebastian Buczek

były zarządzający ING Akcji, obecnie Quercus TFI

Obecny kryzys jest gorszy

Poprzednia bessa skończyła się w IV kw. 2001 r., po ataku na World Trade Center. Nastąpiła 1,5-roczna konsolidacji. Poprzednia bessa była łagodniejsza od obecnej. W 2001 r. WIG stracił "zaledwie" 22 proc., w porównaniu z 51 proc. w 2008 r. Obecna jest gorsza, poprzedziła ją czteroletnia hossa, więc skala i długość spadków musi mieć odpowiedni zakres. Wtedy walczyliśmy z terrorystami i spowolnieniem gospodarczym po gorączce internetowej. Teraz jest mniej "wojennie", ale znacznie gorzej pod względem ekonomicznym. Leczymy kaca po bańce nieruchomościowej i surowcowej. Do tego dochodzi ogromne zadłużenie i zapaść całego systemu finansowego. Myślę, że obecną sytuację można porównywać do krachów z lat 30. i 70. W czasie

gdy ja zarządzałem funduszem,

trwała konsolidacja. Były niskie obroty, a w drugiej połowie tej fazy najlepsze spółki już zaczęły rosnąć. Udział akcji był w miarę stabilny zarówno w trakcie bessy, jak i konsolidacji. Najważniejszą rolę odgrywał dobór spółek.

Grzegorz Nawacki

Możesz zainteresować się również: