Na Nowy Rok i na zawsze

Dawid Tokarz
opublikowano: 2005-01-07 00:00

Majdan znaczy u nas także: plac w obozie wojskowym. Ten kijowski, choć bronią były tylko emocje, argumenty i ideały, też spełnił taką rolę.

Stołeczny plac Niepodległości (o nim to właśnie kijowianie zwyczajowo mówią: Majdan) w sylwestra o godzinie 18 jest prawie pusty. Od razu — zawód. A przecież Wiktor Juszczenko, zwycięzca „trzeciej” tury wyborów prezydenckich, zapraszał do wspólnego świętowania zwycięstwa i nadejścia 2005 roku wszystkich zwolenników. Czy bohaterowie są zmęczeni? Chcą bawić się we własnym gronie, w domu?

O tym, że przez ostatnie 40 dni Majdan był centrum pomarańczowej rewolucji, która zmieniła Ukrainę i zachwyciła dużą część świata, świadczy tylko mnóstwo stoisk z gadżetami w kolorze oranż. Flagi, czapki, szaliki. Koszulki, swetry, kalendarze. Kubki, kasety. I płyty z przebojami z Majdanu, z najbardziej znanym „Razem nas bohato” zespołu Grandżoli.

— Na początku rewolucji wszystko rozdawano za darmo. A potem... Sam widzisz — to jeden z najlepszych biznesów na Ukrainie — śmieje się Sasza, student trzeciego roku chemii na Uniwersytecie w Kijowie. I zaraz dodaje:

— Byłem kilka razy w Polsce, ostatnio w sierpniu, w czasie obchodów rocznicy powstania warszawskiego. Duże przeżycie, ale to nic w porównaniu z tym, co się dzieje tutaj... — przekonuje.

Chyba raczej „co się działo”. O niedawnej, wielkiej historii pustego teraz placu, przedzielonego na pół pustą sceną, przypomina słynne miasteczko namiotowe — tuż obok, na ulicy Chreszczatik (główny deptak Kijowa). To w nim, mimo mrozu, od początku protestów mieszkali najzagorzalsi zwolennicy Wiktora Juszczenki.

— Mieliśmy się już zwinąć... Ale lepiej poczekać do inauguracji (zaprzysiężenie Wiktora Juszczenki na prezydenta — przyp. aut.) — czyli może i do połowy stycznia. Dwa tygodnie już różnicy nie robi... — Oleg ze Lwowa raz za razem wtrąca polskie słowa.

Widać, że rewolucją jest już mocno zmęczony. Zdenerwowany, paląc papierosa za papierosem — jako jeden z niewielu prawie się nie uśmiecha.

— Żona z małym dzieckiem czeka w domu ponad miesiąc — wyjaśnia, i nawet nie odchodzi, lecz ucieka.

Zmęczeni

Duże wojskowe namioty stoją wzdłuż Chreszczatiku, ogrodzone szczelnie z każdej strony taśmami (to na wypadek prowokacji — wyjaśnia mój przewodnik Sasza. Ale czy taka bariera może w czymkolwiek przeszkodzić?). Kiedy obchodzimy miasteczko dookoła, pod zakurzone namioty, na których wyraźnie widać piętno czasu, nagle podjeżdża kilka luksusowych limuzyn.

Po kilkudziesięciu sekundach przy samochodach jest — wyrasta jak spod ziemi — kilkaset osób. Spontanicznie zaczynają skandować „Gruzja! Gruzja!” i „Mołodiec! Mołodiec!”. Przyjechał Michaił Saakaszwili, prezydent Gruzji, przywódca „rewolucji róż”, która rok wcześniej odsunęła od władzy Eduarda Szewardnadze, byłego sowieckiego ministra spraw zagranicznych.

— Saakaszwili i Gruzini pierwsi udzielili nam poparcia. Jesteśmy im za to wdzięczni — mówi Łesia, która od ponad miesiąca, wychodząc z pracy w biurze — nie idzie do domu, ale na Majdan.

Jakby na potwierdzenie, zaczynają powiewać liczne gruzińskie flagi (pięć czerwonych krzyży św. Jerzego na białym tle — taki wzór wprowadził Saakaszwili po zwycięstwie rewolucji).

— Tam też ludzie nie zaakceptowali fałszerstwa wyborów i — dzięki determinacji — zwyciężyli — Łesia doszukuje się analogii.

— Tylko że na Saakaszwilego głosowało ponad 90 proc. Gruzinów, a na Juszczenkę niewiele więcej niż połowa Ukraińców... — próbuję zachęcić do dyskusji.

Skutecznie.

Zombi?

— Szczelinę, dzielącą kraj na wschód i zachód da się zasypać. Kiedy kilka tygodni temu co rusz pojawiały się głosy gubernatorów ze wschodnich obwodów o secesji, myślałam nawet: „A idźcie sobie!”. Ale dziś jestem pewna: Ukraina jest jedna, od Lwowa do Ługańska — przekonuje.

Czy na pewno? Dużą część rodzin górników czy hutników z Donbasu stanowią przecież etniczni Rosjanie, nie znający w ogóle ukraińskiego. Czy uda się ich przekonać do zmian?

— Tak, jeśli życie im się poprawi. A poprawi się, jeśli handel węglem czy stalą zostanie uwolniony spod kurateli różnorodnych pośredników. To w kieszeniach tych pośredników i oligarchów ginie mnóstwo pieniędzy, które mogłyby trafić do prostych ludzi — przekonuje Aleksander, blisko czterdziestoletni taksówkarz, którego kilkunastoletnie BMW stoi tuż przy Majdanie.

— Poza tym ludzie z Doniecka czy Ługańska są jak zombi. Wiesz co to zombi?

— Czy ty jednak nie przesadzasz?

— Nie, tak właśnie jest. Potrzebna im jest informacja, wolny do niej dostęp. Co oni o nas wiedzieli? Pomarańczową rewolucję ludzie Janukowycza przedstawiali jako faszystowską akcję, opłacaną przez Zachód, w tym Polskę. To tylko brudna propaganda — wyjaśnia Sasza. I dodaje:

— Dobrze, że był u nas i Wałęsa i Kwaśniewski... Pomogliście. Rozumiecie, że chcemy żyć jak normalni ludzie. Większość Ukraińców wam tego nie zapomni — mówi.

— Ty z Polski? Ja z Żytomierza. Mam kolegów Polaków. Jesteśmy przyjaciółmi. Będzie dobrze! Razom nas bohato — przerywa nam, wykrzykując, dwudziestokilkuletni mężczyzna.

I znika.

Wielka trójka

Sasza zabiera mnie do drugiego z miasteczek namiotowych, tego mniej znanego — „gastronomicznego”, stojącego tuż obok „pomarańczowego”. Tu się można napić ciepłych napojów i piwa.

Minęła 20.00 I sennie... Ale potem z każdą minutą ludzi jest więcej i więcej... Mniej więcej od 22.00 wszyscy zmierzają w jednym kierunku — na Majdan! Słychać głośne dyskusje polityczne, śpiewy i skandowanie niepodległościowych haseł. Pomarańczowo! Sasza miał rację — pomarańczowy biznes rzeczywiście jest kokosowy!

Morze ludzi zmienia się w ocean. Plac Niepodległości jest dla niego za mały. Kilkusettysięczny tłum (ukraińskie media następnego dnia mówią: blisko 500 tys. ludzi!) z powiewającymi nad nim sztandarami z napisami „Juszczenko Tak”, wylewa się więc na okoliczne ulice.

Na scenie pojawia się Wiktor Juszczenko z rodziną, Michaił Saakaszwili, mer Kijowa Aleksander Omelczenko, i Julia Tymoszenko, najpopularniejsza chyba postać pomarańczowej rewolucji. To ona jako pierwsza zabiera głos, zagrzewając tłum emocjonalnym przemówieniem.

— To dzięki Julce wytrzymaliśmy tyle dni! — nie kryje wzruszenia Łesia. I dorzuca:

— Wielokrotnie po swoich przemówieniach musiała długo zachęcać ludzi, by przestali skandować „Julia!”, a zaczęli „Juszczenko!”.

Tak jest i tym razem.

Po Tymoszence przemawia Saakaszwili. Gratuluje Ukraińcom zwycięstwa, mówi że znowu poczuł się kijowianinem (jest absolwentem tutejszego Instytutu Stosunków Międzynarodowych). Tłum skanduje „Misza! Misza!” Czeka na przemówienie prezydenta elekta. Juszczenko na scenę wchodzi tuż przed północą. Ci, którzy nie przyszli na Majdan, jego słowa oglądają na wspierającym pomarańczową rewolucję Kanale 5 (w tym samym czasie w państwowej telewizji orędzie wygłasza ustępujący prezydent Leonid Kuczma).

— 14 lat temu odzyskaliśmy niepodległość, ale nie byliśmy wolni. Teraz Ukraina jest i niepodległa, i wolna. Z okazji Nowego Roku życzę wam szczęścia i gratuluję zwycięstwa — mówi z patosem Juszczenko.

Nie wszyscy go słyszą... Przemówienie co chwilę zagłuszają przedwczesne wystrzały rac i sztucznych ogni. Wielotysięczny tłum nie może się doczekać... Niecierpliwość: już chcą świętować! Nowy Rok, ale i początek nowego rozdziału w historii ich kraju. Muszą jednak trochę poczekać. Pokaz sztucznych ogni startuje dopiero kilka minut po północy. Ale rozmachem rekompensuje oczekiwanie.

Po walce

Tysiące ludzi wyzbytych agresji. Uśmiechnięci nieznajomi składają sobie życzenia, nawzajem częstując się obficie lejącymi się szampanem i gorzałką. Pijani? A gdzie tam! Najwyraźniej Ukraińcy nie chcą uronić ani sekundy z historycznego sylwestra 2004. Na Majdanie — wielka fiesta. Ludzie tańczą na zmianę bądź przy hymnach pomarańczowej rewolucji, bądź przy piosenkach, święcących akurat triumfy na światowych listach przebojów.

Dopiero kilka godzin po północy plac powoli pustoszeje. Ludzie przenoszą się do domów, knajp, klubów i dyskotek. I tam jednak króluje „Razem nas bohato”, a wśród życzeń co rusz pojawiają się te, dotyczące dalszych losów Ukrainy.

— Ciekawe, jakie one będą — zastanawia się Wiktor, dwudziestoparoletni warszawski urzędnik, jeden z niewielu Polaków, których spotkaliśmy na Majdanie w sylwestrową noc.

Na pierwsze po ślubie wspólne świętowanie Nowego Roku wybrali się z żoną właśnie do Kijowa. I nie żałują...

— Warto było to zobaczyć. I przeżyć! Tę atmosferę wielkiego narodowego święta. Ale co będzie za kilka miesięcy, kiedy ludzie odczują efekty trudnych, ale potrzebnych reform? — zastanawiają się.

Tym bardziej że — czego można dowiedzieć się z ulicznych billboardów — 2005 r. został na Ukrainie ogłoszony rokiem Adama Smitha, wielkiego guru wszystkich prawie liberałów.

— Wiem, że na przeprowadzenie zmian potrzeba kilku ładnych lat. Ale większość ludzi myśli, że wszystko się błyskawicznie zmieni, że będzie im lżej. A przecież po przedwyborczych podwyżkach, zafundowanych „na kredyt” przez Janukowycza, mamy pusty budżet i muszą się pojawić problemy. I zawiedzione nadzieje... — Mykoła nie kryje obaw.

I myśmy to kiedyś przerabiali... Dość szybko po ’89 roku przyszły rozczarowania, niekiedy sentymenty do minionych czasów. Do czasów, do których — na szczęście — nie było już powrotu.

— Ale i tak będzie lepiej — zapewnia Mykoła, chcąc — jak gdyby na wszelki wypadek — zakląć rzeczywistość.

Na Nowy Rok. I już na zawsze.