Dobra passa polskich obligacji skarbowych powoli przechodzi do historii. Odkąd kilka tygodni temu Fed ogłosił, że przygotowuje się do wyciągania nadpłynności z rynków finansowych, rentowności naszych papierów pną się w górę. Wczoraj oprocentowanie dwuletnich papierów wynosiło 3,08 proc. wobec rekordowych 2,48 proc. odnotowanych w maju.



— Rentowności będą powoli rosnąć. Nie sądzę, by czekała nas jakaś paniczna ucieczka, ale rekordowo niskie rentowności prędko się nie powtórzą — mówi Arkadiusz Urbański, analityk rynku długu Banku Pekao. To oznacza, że okienko dla rządu do taniego pożyczania pieniędzy powoli się zamyka. Czy dobrze wykorzystaliśmy tę okazję?
Roczne „happy hours”
Zyski, choć rozłożone będą w czasie, liczone są w miliardach złotych. Od połowy 2012 r., bo mniej więcej wtedy rozpoczął się rajd polskich obligacji, rentowności skarbowych papierów spadły mniej więcej o jedną trzecią. 1 lipca 2012 r. „dwulatki” oprocentowane były na 4,58 proc., czyli o 1,5 pkt proc. wyżej niż obecnie. W tym czasie rząd przeprowadził 55 odrębnych przetargów nowych papierów wartościowych, pożyczając w ten sposób na rynku 120,6 mld zł.
Według obliczeń „PB”, przy uzyskanych rentownościach będzie musiał oddać inwestorom w raz z odsetkami 143,5 mld zł. Gdyby nie rajd obligacji (czyli gdyby hipotetycznie przyjąć, że rentowności pozostają do dziś na stałym poziomie z 1 lipca 2012 r.), zobowiązania rządu wobec inwestorów byłyby znacznie wyższe. Musiałby oddać z odsetkami 150,8 mld zł, czyli o 7,3 mld zł więcej niż w rzeczywistości. To czysty zysk dla polskich podatników, a to i tak dość ostrożne obliczenia, nie uwzględniają bowiem aukcji zamiany obligacji i skutków pośrednich (np. spadku stawki WIBOR, na którym oparta jest część wyemitowanych wcześniej obligacji).
Płynność na zapas
Według Piotra Bujaka, głównego ekonomisty Banku Nordea, rząd nieźle wykorzystał dobry czas do emisji długu. Choć 7,3 mld zł to za mało, by znacząco wpłynąć na stan polskich finansów publicznych, to i tak trudno było zarobić więcej.
— Ministerstwo Finansów przez ostatni rok dobrze zarządzało emisją długu. Wypuściło sporo obligacji, zwykle na długie okresy i w korzystnych momentach. Przez cały ten czas ściągało z rynku sporo więcej pieniędzy, niż wynikało to z aktualnych potrzeb pożyczkowych rządu. To była dobra strategia — mówi Piotr Bujak.
Podobnego zdania jest Piotr Łysienia, ekonomista Banku Pocztowego.
— Polski dług był dobrze zarządzany. Rząd stale wyraźnie wyprzedzał potrzeby pożyczkowe, przez cały ten rok miał zagwarantowaną płynność na kilka miesięcy do przodu — mówi Piotr Łysienia.
— Mamy już sfinansowane około 90 proc. potrzeb pożyczkowych na 2013 r. To daje nam miejsce w czołówce krajów europejskich — dodaje Arkardiusz Urbański.
Kupowanie spokoju
Teoretycznie rząd mógł jeszcze bardziej agresywnie wykorzystywać dogodny czas do emisji długu. Popyt był na tyle duży, że resort finansów był w stanie spokojnie sprzedać na rynku obligacje za dodatkowe kilkadziesiąt miliardów złotych. Mógłby jednak też przeholować.
— Pożyczanie na zapas w pewnym momencie przestaje się opłacać. Oczywiście, rząd mógł zbudować ogromną rezerwę, ale pożyczanie zbyt dużej kwoty w stosunku do potrzeb, nawet na bardzo niski procent, może przynieść więcej kosztów niż zysków. Kapitał, nawet bardzo tani, kosztuje. Jeśli zbyt długo leży bezużyteczny na koncie, zaczyna przynosić straty — mówi Piotr Bujak.
Rząd nie tylko pożyczał „na zapas”, ale też znacząco wydłużał okres, kiedy trzeba będzie oddać dług. Przez rok zorganizował aż 21 przetargów (w tym osiem naprawdę dużych) na papiery długoterminowe, przynajmniej 9-letnie. Emisji bonów (papierów z najkrótszym okresem zapadalności) było w tym czasie zaledwie sześć. Z punktu widzenia pożyczkobiorcy, to bardzo komfortowa sytuacja — unikamy kumulacji płatności w najbliższych latach.
— Tak korzystnej struktury zapadalności długu jeszcze w Polsce nie mieliśmy. Rząd praktycznie zupełnie wyszedł z zadłużenia w bonach. To prawdopodobnie pierwsza taka sytuacja, odkąd w latach 90. Polska weszła na rynek długu — mówi Arkadiusz Urbański.