Na sztukę na świecie wydano 12,5 mld USD

opublikowano: 14-03-2017, 22:00

Kowalski wysupłał 700 zł i czuje się, jak większość światowych kolekcjonerów — w końcu 96 proc. dzieł kosztowało w 2016 r. poniżej 200 tys. zł

Koniec zimy to zwykle czas najogólniejszych, a przez to najbardziej chwytliwych podsumowań obrotu dziełami sztuki. Według nowego raportu Artprice, na wszystkie wylicytowane na świecie dzieła wydano w ubiegłym roku w sumie niecałe 12,5 mld USD (50,9 mld zł) — właścicieli zmieniło w przybliżeniu 675,5 tys. obiektów, jednak próg 10 mln USD (40,7 mln zł) przebiło tylko 80, czyli dwa razy mniej niż w 2015 r.

Przeciętny krajowy kolekcjoner przeliczyłby prawdopodobnie taki obiekt na kilkadziesiąt mieszkań albo co najmniej parę wyśnionych samochodów, stwierdzając na końcu, że większość takich raportów sprowadza się właśnie do opowieści o Monecie, z których nie wynika nic przydatnego. Owszem, w minionym roku impresjonista był rekordzistą, bo jego obraz wylicytowano do 81,5 mln USD (332 mln zł), ale zupełnie nie w tym rzecz — najdroższe prace to najmniejszy wycinek rynku, a prawdziwe tendencje wyznacza większość. Chociaż nie można jeszcze mówić, że wszystkie światowe trendy równie spektakularnie przekładają się na lokalne aukcje, „polski rynek dla Polaków” to przesada w jeszcze gorszym wymiarze.

Dobre, bo polskie

Biało-czerwoni rzeczywiście kupują swoich, a jeśli już w katalogach aukcyjnych pojawiają się niespodziewane zagraniczne nazwiska, zwykle chodzi o jakiś drugi garnitur holenderskich pejzażystów. Fakt, że czasami przewinie się przez licytację mała grafika Picassa czy Chagalla, nie oznacza nawet najmniejszej przegranej Kossaka.

Sprowadzanie lokalnych wyborów do konnych portretów byłoby za dużym uproszczeniem, bo jeszcze wyższy popyt jest na powojenną awangardę, choć i tak wspólnym mianownikiem obu kategorii są artyści z Polski. W skali światowego rynku cały nasz dorobek nie dałby rady ukształtować żadnego trendu, bo krajowe nazwiska pojawiają się za granicą równie sporadycznie, co zagraniczne nad Wisłą. W ubiegłym roku tempo rozwoju wyznaczały przede wszystkim Chiny z obrotem podsumowanym przez Artprice na 4,8 mld USD (19,5 mld zł), a zaraz za nimi USA ze sprzedażą na poziomie 3,5 mld USD (14 mln zł).

Trzecie miejsce zajęła Wielka Brytania, której przypadło 17 proc. światowego obrotu, a czwarte Francja — ojczyzna impresjonistów, z marnym w tym kontekście udziałem 5 proc. Mimo że polski rynek też prężnie się rozwija, raport Artprice oddzielnie go nie opisuje, co nie znaczy jednak, że wypunktowane w nim tendencje w ogóle go nie dotyczą. Podstawowe obserwacje analityków tej bazy danych są aktualne również dla nas: wyraźne zwiększenie płynności dzięki sprzedaży przez internet, coraz częstsze zestawianie rynku sztuki z giełdą, wreszcie — coraz wyższe ceny za coraz młodsze dzieła.

Gwarancja 5,6 proc.

Jeszcze kilka lat temu kupowanie obrazu zobaczonego wcześniej tylko na ekranie telefonu mogłoby uchodzić za lekkomyślność. Dzisiaj — również w Polsce — taki model sprzedaży zaczyna przeważać, bo skoro do licytacji można się włączyć przez przeglądarkę albo telefon, inwestor nie musi wychodzić z domu i prezentować przed resztą sali skali swoich wydatków. Możliwość pokazywania oferty w internecie docenili przede wszystkim właściciele galerii spoza Warszawy, szczególnie z Krakowa i Pomorza, ale też z Gliwic czy innych miast zdecydowanie mniej kojarzonych z obrotem dziełami sztuki.

Ze wszystkich 6,3 tys. domów aukcyjnych na świecie 97 proc. jest obecnych w internecie — podaje raport Artprice — przy czym jeszcze w 2005 r. on-line było tylko 3 proc. z nich. Nie trzeba wspominać, jak to się ma do płynności rynku, ale wypada nadmienić, jak sama płynność ma się do ryzyka inwestycji, zwłaszcza w obiekty, które tak trudno sprzedać.

Nie jest prawdą, że kupując dobrą pracę uznanego artysty, mamy gwarancję błyskawicznej i zyskownej odsprzedaży, gdy tylko zajdzie konieczność — jeśli praca rzeczywiście jest dobra, mamy dużą szansę, ale żeby uzyskać satysfakcjonującą cenę, zwykle trzeba wykazać cierpliwość. Handel w internecie dużo wobec tego przyspiesza, a jest przecież trendem zauważalnym i w Mediolanie, i w Częstochowie, na swoją skalę. W związku z tym, że wiedza o transakcjach szybciej się dzięki temu upowszechnia, coraz częściej podejmowany jest temat możliwych zarobków.

Jeszcze nie tak dawno raporty o rynku sztuki nie przyciągały czytelników setkami procent ani tempami wzrostu wartości — więcej mówiło się o artystach, o kierunkach w twórczości niż o popycie. Tym razem Artprice podaje jasno: obrót sztuką współczesną wzrósł prawie 1,5 tys. proc. w 17 lat, a średnia wartość dzieła zwiększyłasię 36 proc. Na tej podstawie analitycy przekonują, że przy minimalnym wkładzie 20 tys. USD (81 tys. zł) można liczyć na stabilny roczny zwrot rzędu 5,9 proc. Informacja pasująca jak ulał do rekomendacji dla początkującego inwestora — nareszcie się okazało, jaka sztuka się opłaca, i któraś z szacownych instytucji podjęła się żmudnych wyliczeń, żeby to potwierdzić.

Ze względu na powszechną szkodliwość takich wiadomości wyjętych z kontekstu należy zaznaczyć, że statystyka to przecież średnia, czyli najprostsze z możliwych narzędzie do pokazania ogólnego kierunku rozwoju rynku. Można więc powiedzieć, że we wszystkich zakątkach świata, w których domy aukcyjne ujawniają transakcje przez Artprice, sztukę współczesną sprzedaje się drożej. Na tym koniec — w Hongkongu wylicytowano zarys ośnieżonych gór autorstwa Ruzhuo Cuiego za 40 mln USD (163 mln zł), a nad Wisłą różne inne zarysy za niewyraźny ułamek tej ceny. Średnio jesteśmy do przodu o niecałe 6 proc.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Weronika Kosmala

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu