Na yesowanie nie ma co liczyć

opublikowano: 08-02-2013, 00:00

Od radosnego okrzyku „Yes, yes, yes!” premiera Kazimierza Marcinkiewicza, podsumowującego jego pierwszy szczyt Rady Europejskiej, upłynęło ponad siedem lat.

Pamiętny kompromis w sprawie unijnych ram finansowych 2007-13 osiągnięty został 17 grudnia 2005 r. po pełnych napięcia kilkunastogodzinnych obradach. Drugiej nocy tamtego szczytu zwyciężyło myślenie solidarne i bogatsi pochylili się nad biedniejszymi, przyjętymi do Unii Europejskiej rok wcześniej. Przypomniany okrzyk zaś skomentował przyznanie Polsce na obecną siedmiolatkę 59,6 mld EUR w samych tylko funduszach strukturalnych i spójności.

Szczyt obecnie trwający w Brukseli nie spowoduje „yesowania” na konferencji żadnej delegacji. Co najwyżej będzie słychać łomot spadającego z unijnego serca ciężkiego głazu, jeśli uda się osiągnąć niezwykle ulotne porozumienie w sprawie siedmiolatki 2014-20. W momencie wysyłania tego wydania „PB” do druku dopiero trwała na piątym piętrze gmachu Justus Lipsius wieczorno-nocna kolacja robocza szefów państw i rządów, będąca głównym punktem obrad najważniejszego organu decyzyjnego UE. Czytelnik będzie mądrzejszy od autora o poranne wieści. Wtedy powinno już być wiadomo, czy szefom państw i rządów opłaci się siedzieć kolejne godziny w piątek, czy raczej podwiną polityczne ogony i szybko rozjadą się z Brukseli z niczym, jak w listopadzie.

Zespołowi napięcia przedszczytowego poświęcaliśmy komentarze w tym miejscu przez cały tydzień. Znając od lat specyficzną atmosferę brukselskich zbiórek, coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że paradoksalnie najmniej ważne są… pieniądze. Przedmiot końcowego sporu o ramy finansowe to przecież 15-30 mld EUR, rozłożone na siedem lat. W porównaniu z całym wieloletnim budżetem UE, sięgającym nawet po cięciach blisko 1 bln EUR, a tym bardziej z łącznym PKB państw członkowskich — to kwota naprawdę niewarta wytaczania najcięższych dział.

Oprócz tkwiącego w głowach polityków kryzysu oraz ich obaw o własne losy w wyborach krajowych, wpływ na słabość unijnych szczytów ma zmiana ich formuły. W przypomnianym roku 2005 wszystkim kierował premier Tony Blair, który brytyjską półroczną prezydencję koniecznie chciał zakończyć sukcesem. Ręka w rękę szli z nim zarówno francuski prezydent Jacques Chirac, jak i świeżo wybrana kanclerz Angela Merkel. Dzisiaj do niekorzystnych okoliczności gospodarczych dochodzą ambicjonalne tarcia brukselskiej centrali z unijnymi potentatami. Zaczyna wychodzić bokiem ustanowienie przez traktat z Lizbony stałego przewodniczącego Rady Europejskiej z silnymi uprawnieniami. Herman Van Rompuy jest doskonałym urzędnikiem i sprawnym organizatorem, ale jego charyzma i zdolność do przywództwa wspólnoty to... Naprawdę coś w tym jest, że w minionej dekadzie największe polityczne sukcesy w trudnych chwilach UE osiągała pod przewodem silnych i poważanych szefów rządów państw członkowskich. W roku 2002 decydujący szczyt akcesyjny w Kopenhadze znakomicie poprowadził duński premier Anders Fogh Rasmussen, a o ogromnym wpływie na budżetowy kompromis 2005 premiera Tony’ego Blaira już wspomnieliśmy.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: JACEK ZALEWSKI

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu