Lotos jest symbolem czystości ciała i umysłu, a także odrodzenia i kreacji. Występuje m.in. w jodze, Kamasutrze, wzorach tatuaży i zdobnictwie. Wykorzystywany jest w marketingu, jako że symbolizuje również fortunę i dobrobyt. Dlatego tylko pozornie pewną sprzecznością wizerunkową stało się przyjęcie nazwy Lotos przez drugą co do wielkości polską grupę… paliwową. Idąc za przykładem Orlenu, państwowa spółka akcyjna Rafineria Gdańska postanowiła — przy okazji przekształcania się w 2003 r. w grupę kapitałową — przyjąć jakąś chwytliwą rynkową nazwę. Znalazła ją we własnych zasobach — awansowano po prostu markę produkowanego od 1990 r. oleju silnikowego, który się dobrze sprzedawał. Stylizowany kwiat lotosu naturalnie stał się logotypem grupy.







Dywersyfikacja już w czasach PRL
Po drugiej wojnie światowej zniszczony przemysł rafineryjny w Polsce rozwijał się bardzo powoli. Naturalnie koncentrował się na południu, w tradycyjnych rejonach wydobywania krajowej ropy naftowej. Siermiężna PRL radykalnie odstawała od tzw. państw kapitalistycznych w zużyciu paliw na mieszkańca. Po dramatycznych wydarzeniach w 1956 r. w Polsce i krwawych na Węgrzech władcy Związku Radzieckiego zorientowali się jednak, że jeśli chcą utrzymać w wasalnych państwach spokój, to muszą zrobić jakieś kroki ku cywilizacyjnemu postępowi. W 1958 r. Rada Wzajemnej Pomocy Gospodarczej (RWPG) zdecydowała o zbudowaniu systemu rurociągowego Przyjaźń, transportującego ropę naftową z Syberii do tzw. państw socjalistycznych Europy Środkowej. Na północnej nitce tego ropociągu zbudowano w Płocku w latach 1960-65 ogromne Mazowieckie Zakłady Rafineryjne i Petrochemiczne. Syberyjska ropa popłynęła w 1964 r. i tę datę uznaje się za narodziny obecnego Orlenu. Bardzo szybko się okazało, że w siermiężnym socjalizmie wyobraźnia centralnych planistów nie nadąża za naturalnym rozwojem społecznym i gospodarczym. Szybko stało się konieczne zbudowanie kolejnej rafinerii, tym razem na północy. Wskazanie na rejon Gdańska wiązało się z uzupełnieniem importu radzieckiego o zupełnie nowe źródło surowca, dostarczanego drogą morską. Takie plany powstały jeszcze w epoce Władysława Gomułki. Co ciekawe, podpowiedzieli to… towarzysze radzieccy, którzy zasygnalizowali, że wolą ropę sprzedawać za twarde waluty i bratnia Polska nie może liczyć na nic więcej poza tym, co już dociera rurociągiem Przyjaźń. Na budowę kolejnej rafinerii nie było pieniędzy. Sytuacja radykalnie zmieniła się jednak po przejęciu w grudniu 1970 r. władzy w PZPR i kraju przez towarzysza Edwarda Gierka. Otworzył gospodarcze okno na Zachód, który w swojej naiwności sypnął PRL kredytami. W maju 1971 r. rząd podjął decyzję, przy aprobacie ZSRR, o rozpoczęciu odkładanej budowy rafinerii koło Gdańska. Inwestycją odrębną, chociaż ściśle powiązaną funkcjonalnie, stał się Port Północny, położony bezpośrednio nad Zatoką Gdańską, powyżej Westerplatte. Przypomnienie genezy współczesnego Lotosu i Naftoportu potwierdza, że kategoria dywersyfikacji źródeł zaopatrzenia kraju w surowce energetyczne ma długie dzieje. PRL przeprowadziła ją w sektorze ropy naftowej, zaś cztery dekady później III RP powtórzyła to w sektorze gazu.
Bagienko poniżej poziomu morza
Okoliczności powstania rafinerii w Płocku i Gdańsku, czyli fundamentów współczesnych koncernów Orlen i Lotos, zbudowały od początku specyficzne relacje między nimi. Znacznie mniejsza firma gdańska od zawsze pełniła wobec płockiej rolę uzupełniającą krajowy bilans paliwowy. Niezależnie jednak od przemian ustrojowych cały czas zachowywała instytucjonalną odrębność, chociaż w PRL istniała nad nimi wspólna czapa Zjednoczenia Przemysłu Rafineryjnego i Petrochemicznego. Budowa rafinerii nastawionej na przerób ropy innej niż radziecka wiązała się ze skokiem technologicznym. Rząd PRL odważnie postawił na współpracę z British Petroleum (BP). Podpisano dziesięcioletni kontrakt na dostarczanie przez BP po 3 mln ton ropy rocznie, głównie z Zatoki Perskiej, jako że złoża na Morzu Północnym nie były wtedy dostępne. Kierunek dostaw miał wielki wpływ na projekt rafinerii i wybór technologii. Lekka/słodka ropa arabska ma przecież inne parametry niż bardziej zasiarczona ciężka/kwaśna radziecka, której rafinacja jest droższa. Wielkie znaczenie miał także wybór inżyniera kontraktu, którego zadaniem było zaprojektowanie rafinerii oraz realizowanie dostaw wyposażenia. Rządowy wybór padł na doświadczoną włoską firmę Snamprogetti z Mediolanu. Pod jej kierunkiem nowoczesny obiekt budowały przedsiębiorstwa krajowe. Dokumentacja dostarczana była na bieżąco, co radykalnie skróciło czas budowy. Rafineria Nafty Gdańsk — tak brzmiała pierwsza nazwa — powstała w latach 1972-75. Dzisiaj takie tempo nie byłoby możliwe, czego dowodzi chociażby historia budowy Gazoportu w Świnoujściu. Strategiczne znaczenie miało położenie rafinerii. Już miesiąc po uchwale rządu władze wojewódzkie wybrały wieś Płonia Mała na wschodnich obrzeżach Gdańska, między Martwą Wisłą a kanałem Rozwójki.
Współcześnie taka środowiskowa procedura potrwałaby ze trzy lata… Wtedy wybrano bagienko poniżej poziomu morza, siedlisko żab i bocianów, pełne krzaków i mulistych oczek wodnych, a na dodatek także wojennych niewypałów. Na początku budowy wykonano zatem ogromne prace drenażowe i ziemne. Rafineria stanęła w odległości 7 km od Portu Północnego, z którym łączą ją rurociągi. Notabene w latach 70. w odbiorze społecznym ciekawsza wydawała się budowa portu, jako że jeszcze żywa była przedwojenna fascynacja Gdynią. W nawiązaniu do socrealistycznego przeboju „O Nowej to Hucie piosenka, o Nowej to Hucie są słowa…” propaganda sukcesu z epoki Edwarda Gierka lansowała pieśń „Północny port, najmłodszy port na świecie…”. O mniej działającej na wyobraźnię rafinerii jakoś nie śpiewano.
Technologia niezależna od polityki
Pierwszy statek „Kasprowy Wierch” z ropą naftową ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich przybił do pirsu paliwowego Portu Północnego w 1975 r. Nie wyrobił się jednak na 22 lipca, lecz dopiero kilkanaście dni później. Kolejnym terminem przekroczonym był 8 grudnia 1975 r., gdy rozpoczynał się VII Zjazd PZPR. W Warszawie z tej okazji oddano Dworzec Centralny i witano na nim towarzysza Leonida Breżniewa, w Gdańsku zaś miała rozpocząć się produkcja. Technologia jednak nie chciała podporządkować się polityce i pierwsze produkty rafineryjne wyszły dopiero 12 grudnia… Takie epizody z epoki PRL tylko z pozoru są śmieszne — wszak współczesna władza również odprawia rozmaite propagandowe obrzędy w świnoujskim Gazoporcie. To specyficzne rozszerzenie hasła naszego cyklu „Było, nie minęło”. Po rozruchu rafinerii zaczęła się proza życia. Już w 1976 r. nazwę firmy zmieniono na Gdańskie Zakłady Rafineryjne, ale logo z literami RN się utrzymało. W kolejnych latach ruszała produkcja nowego rodzaju benzyn, olejów, asfaltów, paliw lotniczych. Władza miała się czym chwalić, zatem zapraszała delegacje zagraniczne, chociaż ze zrozumiałych względów — akurat nie radzieckie.
W 1977 r. port i rafinerię nawiedził Mohammad Reza Pahlavi, szach Iranu. Okazją było podpisanie dwustronnej umowy gospodarczej i zakup przez Polskę irańskiej ropy. Władca przetrwał jeszcze dwa lata, potem rewolucja islamska w Iranie wszystko zerwała, w Polsce wprowadzono stan wojenny — jednak cesarski gość nie został z kronik wygumkowany. Notabene całkiem niedawno Lotos sprowadził do Naftoportu tankowiec irańskiej ropy, po odblokowaniu międzynarodowego embarga wobec Teheranu na jej eksport. Czyli znowu „Było, nie minęło”, ale w jeszcze innym kontekście. Po stanie wojennym nastąpiło naturalne zmniejszenie dostaw ropy ze świata. Gdańska rafineria w większym stopniu zaczęła przerabiać surowiec radziecki, docierający Rurociągiem Pomorskim z Płocka.
Został on zbudowany od razu w 1975 r. jako połączenie rewersowe, czyli funkcjonujące w obie strony. Przedsiębiorstwo Eksploatacji Rurociągów Naftowych zwiększa jego przepustowość w związku z trwającą rozbudową nadmorskiej bazy magazynowej. Naftoport z okolicami coraz bardziej przypomina z lotu ptaka Rotterdam. Perłą w tym naftowym krajobrazie pozostaje oczywiście rafineria. Po przemianach ustrojowych Gdańskie Zakłady Rafineryjne zostały w 1991 r. przekształcone w spółkę akcyjną skarbu państwa Rafineria Gdańska. Jej moce przerobowe systematycznie rosły, dość powiedzieć że w okresie 1997-2010 zwiększyły się z 2,8 mln do 10,5 mln ton ropy. Stale rosła także sieć firmowych stacji paliw. Kolejne kamienie milowe to w 2003 r. powstanie grupy kapitałowej pod nazwą Lotos, a w 2005 r. zakupienie przez nią akcji trzech rafinerii na południu Polski (Czechowice, Jasło i Glimar) oraz wydobywczego Petrobalticu. W tym samym roku Lotos zadebiutował na Giełdzie Papierów Wartościowych, naturalnie wchodząc do indeksu WIG20.
Megaprzejęcie kończy samodzielność
Skutkiem ubocznym wejścia Lotosu na parkiet, na którym PKN Orlen notowany był już od 1999 r., stało się ożywienie idei połączenia obu koncernów. Wypływały one nie od mniejszego partnera gdańskiego, lecz większego płockiego, a przede wszystkim od decydentów politycznych. Najpoważniejsza taka próba podjęta została za poprzedniego rządu PiS w 2007 r. Wówczas jednak istnienie Lotosu obroniła solidarna akcja polityków różnych opcji z Gdańska, którzy zjednoczyli się w obronie największego w ich regionie przedsiębiorstwa. Kolejne podejście do tematu paliwowej fuzji w 2018 r. przypieczętuje jednak los odrębnego podmiotu. Skarb państwa, trzymający w ręku 53,19 proc. akcji Lotosu, postanowił sprzedać je Orlenowi. Szykuje się zatem megaprzejęcie, trwające może z rok, o którego szczegółach jeszcze nikt nie wie. Według sygnałów politycznych grupa mniejsza zostanie wchłonięta przez większą, ale sama nazwa Lotos ma przetrwać jako część Orlenu i stylizowany kwiat w logo nie zostanie ścięty. Niemniej zdecydowanie coś się skończy. Przesadą byłoby takie przetworzenie myśli księdza Jana Twardowskiego „Śpieszmy się kochać firmy, tak szybko odchodzą”, jednak do hurtowego wyrzucania ich prezesów pasuje ona na pewno… &
