Czytasz dzięki

Nagłe wotum bez potrzeby

opublikowano: 04-06-2020, 22:00

Obyś żył w ciekawych czasach… Jeszcze w czwartek rano naprawdę trudno było sobie wyobrazić, że Sejm zamiast ustawami zajmie się z zaskoczenia wotum zaufania dla Rady Ministrów.

Nagły wniosek premiera Mateusza Morawieckiego nie miał przecież jakiegokolwiek uzasadnienia osłabieniem pozycji jego gabinetu w Sejmie. PiS pewnie wygrywa sto procent głosowań nad projektami rządowymi i odrzuca wszystkie nieakceptowane poprawki Senatu. Od początku obecnej kadencji jedynym epizodem z wynikiem nietypowym był remis 228:228, blokujący wprowadzenie do porządku obrad specustawy o głosowaniu kopertowym, ale to był projekt formalnie poselski. Notabene w ponownym głosowaniu kilka godzin później tzw. dobra zmiana już wygrała.

Premier na własne życzenie uzyskał wotum zaufania niemal identycznym stosunkiem głosów, jak na starcie kadencji.
Zobacz więcej

Premier na własne życzenie uzyskał wotum zaufania niemal identycznym stosunkiem głosów, jak na starcie kadencji. Andrzej Hulimka

Konstytucja RP przewiduje kilka procedur podobnie nazywanych, ale mających zdecydowanie różne cele. Po zaprzysiężeniu nowego rządu Sejm musi mu udzielić, po wysłuchaniu programowego exposé premiera, wotum zaufania bezwzględną większością głosów. Jeśli gabinet nie zostanie w takim trybie zatwierdzony, zaczyna się skomplikowana ścieżka legislacyjna grożąca przedterminowymi wyborami. Czym innym jest tzw. konstruktywne wotum nieufności, czyli wymiana starego premiera na nowego jednym głosowaniem, pod warunkiem uzyskania co najmniej 231 głosów. I wreszcie zupełnie innego typu wotum zaufania, o które premier może poprosić w dowolnym momencie bez jakichkolwiek konsekwencji w razie jego nieuzyskania. Licząc z wczorajszym, w dziejach III Rzeczypospolitej szefowie rządów sześć razy składali taki wniosek, gdy z jakichś powodów poczuli się niepewnie i chcieli się umocnić wizerunkowo. Na przykład Donald Tusk z zaskoczenia poprosił o wotum zaufania 25 czerwca 2014 r. po wybuchu afery podsłuchowej — przyznajmy, że był to powód naprawdę konkretny.

Głównym celem wniosku Mateusza Morawieckiego była wewnętrzna konsolidacja obozu tzw. dobrej zmiany. Zdecydowanie krytyczna postawa opozycji nie zmienia się przecież od początku kadencji, ale realnie w niczym nie może ona rządowi przeszkodzić. Po wyborach nowy gabinet uzyskał 19 listopada 2019 r. konieczne konstytucyjnie wotum zaufania stosunkiem głosów 237:214 (w tym 2 pozytywne opozycja oddała omyłkowo), przy 3 posłach wstrzymujących się i 6 nieobecnych. 4 czerwca 2020 r. absolutnie niekonieczne prawnie wotum na osobisty wniosek premiera przeszło 235:219, przy 2 posłach wstrzymujących się i 4 nieobecnych. Uwzględniając wspomnianą omyłkę, wynik po stronie PiS stał się zatem kopią listopada. Powtarza się w bardzo wielu zwyczajnych głosowaniach nad ustawami, zatem nagłe nadanie mu ekstra statusu nie miało jakiegokolwiek związku ze sprawnością rządzenia.

Jedynym sensownym uzasadnieniem czwartkowego wotum są zatem potrzeby kampanii prezydenckiej. Zresztą Andrzej Duda wcale nie ukrywa, że był pomysłodawcą wniosku Mateusza Morawieckiego. W debacie przed głosowaniem Sejmu enty raz doszło do ostrej wymiany znanych argumentów między rządową większością a opozycją. Strona PiS potwierdziła tezę o koniecznej jedności między izbami parlamentu, prezydentem, rządem i samorządami. W domyśle — pod wyłącznie swoim przewodem, czego potwierdzeniem ma stać się reelekcja obecnego lokatora Pałacu Prezydenckiego. Produktem ubocznym zwycięskiego wotum zaufania miało stać się rozwianie marzeń opozycji o przedterminowych wyborach… parlamentarnych, które przecież obiektywnie są czystym chciejstwem.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane