Polskie spory wokół podpisanego w Lizbonie traktatu reformującego Unię Europejską cofają nas w awanturniczą przeszłość IV Rzeczypospolitej. Zarazem oddalają nas od Europy, która chciałaby mieć traktatowy kłopot z głowy, by zająć się innymi problemami. Traktatowa zagwozdka miała dotyczyć ewentualnie Wysp Brytyjskich, ale nie Polski. Dlatego gotowość braci Kaczyńskich, by przypomnieć Europie o sobie jako o sprawcach kłopotów, dla wielu stolic jest niemiłą niespodzianką.
Agenda trwającego w Brukseli dwudniowego szczytu Rady Europejskiej wskazuje dzisiejsze priorytety. Ekonomia wygrywa z polityką. Jak wspólnie zapobiegać kryzysom finansowym i bronić Europę przed skutkami bessy w USA? Jak traktować państwowe fundusze inwestycyjne (Sovereign Wealth Funds) w krajach bogacących się na surowcach, ale niepodzielających naszego systemu wartości? Jak regulować rynek energii w Europie, zależny od Gazpromu i rosyjskiej ropy? Z polskiej perspektywy ułożylibyśmy agendę inaczej, ale w piątym roku członkostwa w Unii Europejskiej nie potrafimy jeszcze dyktować porządku obrad w Brukseli.
Rozważając wspomniane wyżej kwestie, UE żywi coraz mniej złudzeń, że jest pępkiem świata i rośnie przekonanie, że cywilizacja euroatlantycka jest swoistą wyspą pośród kultur wspartych na odmiennych zasadach. Choćby z tego powodu wspólnota europejska niechętnie toleruje tych swoich udziałowców, którzy eksponują swoją odrębność — zamiast szukać tego, co łączy.