Nie ma jeszcze danych statystycznych, czy w poniedziałek 18 marca znacząco zwiększył się w Polsce przyrost naturalny. W każdym razie rodzice dzieci, które nie wytrzymały i przyszły na świat do północy w niedzielę 17 marca, mogą co najwyżej liczyć na… pewną przychylność dokonujących zapisów w dokumentacji. Bo prawnie tzw. matki pierwszego kwartału raczej nie doczekają się objęcia również ich zapowiedzianymi przepisami o wydłużeniu urlopów rodzicielskich.
W tej nabrzmiałej społecznie sprawie chodzi oczywiście o pieniądze. Cofnięcie się z korzystniejszymi urlopami aż do 1 stycznia oznaczałoby wyrwę w budżecie. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Rodzice dotknięci kalendarzowym pechem chcą „zapewnienia równości społecznej dla wszystkich dzieci urodzonych w roku 2013” i dlatego domagają się „przejrzystej daty: 1 stycznia”. Podobnie argumentuje opozycja. Koalicja rządowa odbija, że i tak odliczenie dłuższego urlopu od 1 września (to zasadniczy termin wejścia nowelizacji ustawy w życie) w tył i tak jest ogromnym ukłonem wobec grupy szczęściarzy. Cofnięcie się aż do 1 stycznia wywołałoby naturalny protest rodzących… 31 grudnia.
Argument, że jakaś data musi być granicą przepisów starych i nowych, jest logiczny, ale nie do końca.
Zdecydowanie lepiej taką ważną cezurę wyznaczać w noc sylwestrową, po prostu tak jest przyjęte jako normalne na całym świecie. W historii III Rzeczypospolitej mieliśmy już najróżniejsze terminowe odchyłki od „przejrzystej daty”. Na przykład z roku 1993 pamiętam zakupowy wyścig (ja biegłem po komputer) przed wprowadzeniem w Polsce VAT, który wchodził od przypadkowej i dziwacznej daty — 5 lipca. W kwestii urlopów rodzicielskich zaś może najbardziej uczciwe i obiektywne byłoby zastosowanie zaproponowanego w tytule kryterium… biologicznego.