Najpierw dumping, potem zmowa cenowa

Anna Pronińska
opublikowano: 2012-10-15 00:00

Samorządowcy boją się, że prywatne firmy śmieciowe wytną z rynku ich komunalnych odpowiedników

— Musimy się bronić przed inwazją dużych prywatnych firm, które stać na to, by przez kilka lat dokładać do interesu, jakim jest odbiór i zagospodarowanie odpadów komunalnych — taką kontrowersyjną tezę podczas Samorządowego Forum Kapitału i Finansów wygłosił Marian Walny, zastępcaburmistrza Lubonia (woj. wielkopolskie).

Chodzi o przetargi, które w przyszłym roku będą organizować samorządowcy, by wyłonić operatorów do odbioru i zagospodarowania śmieci. Zdaniem Mariana Walnego, w pierwszych przetargach należy spodziewać się rażąco niskich cen, które będą proponować duże, silne firmy. W ten sposób miałyby wyrzucić z rynku niewielkie i słabsze ekonomicznie spółki, najczęściej komunalne.

— W następnych przetargach, gdy z rynku zostaną wyeliminowani słabsi gracze, będziemy mieć do czynienia ze zmowami cenowymi — prognozuje zastępca burmistrza Lubonia.

W UE bez przetargów

Wtóruje mu prezydent Inowrocławia (woj. kujawsko-pomorskie), który wyrasta na lidera samorządowców zbuntowanych w sprawie gospodarki odpadowej.

— Nasze działania wsparło około 600 samorządowców. Wystosowaliśmy listy do premiera i resortu środowiska, a dwa tygodnie temu skierowaliśmy sprawę do Trybunału Konstytucyjnego. W większości krajów Unii Europejskiej (UE) nie ma obowiązku organizacji przetargów. W takich państwach, jak Niemcy i Francja obowiązuje zasada, że burmistrzowie zlecają jednostkom odbiór i wywóz odpadów — mówi Ryszard Brejza, prezydent Inowrocławia.

— To prawda, ale w polskiej ustawie zapis o nakazie organizacji przetargów nie jest wbrew UE. To krok w stronę tworzenia bardziej konkurencyjnego systemu, na co Bruksela pozwala. Samorządy teraz chcą wywłaszczyć inwestorów — uważa Jean-Michel Kaleta, prezes Sita Polska, jednej z największych firm zajmujących się gospodarką odpadami w Polsce.

Jego zdaniem ustawowy zapis był formą kompromisu. Gdyby go nie zawarto, większość podmiotów prywatnych, które inwestowały w Polsce w sektor odpadów, mogłoby zażądać odszkodowań w momencie, gdyby zostały pozbawione rynku.

Dumping to straszak

Inowrocław ma spółkę komunalną, w którą zainwestował kilka milionów złotych. Prezydent miasta nie wyobraża sobie, by miała konkurować z dużymi graczami.

— Jak ma stawać do przetargu z dużą firmą, która może stosować dumpingowe ceny? Zainwestowane w spółkę pieniądze pójdą w błoto, jeśli przegra ona przetarg. Oczywiście wówczas będę się odwoływać — nawet do Strasburga, ale to długa droga — mówi Ryszard Brejza. Prezydent sądzi, że czeka nas monopol koncernów śmieciowych, na który samorządowcy nie będą mieć wpływu.

Tymczasem — jego zdaniem — obecnie więcej niż połowa samorządowców mogłoby powierzyć zadanie własnym jednostkom budżetowym lub spółkom komunalnym. — Mówienie o dumpingowych cenach to straszak. Czego boją się samorządowcy?

Przecież będą konkurować na wolnym rynkui mieć te same prawa. Poza tym to gminy będą ustalać regulamin systemu odbioru odpadów. Czy można też wyobrazić sobie, że w 2012 r. wejdziemy na rynek i w całej Polsce będziemy stosować dumpingowe ceny? — retorycznie pyta prezes Sita Polska.

Jean-Michel Kaleta przypomina, że gdy rok temu prezydent podpisywał ustawę o utrzymaniu porządku i czystości w gminach, samorządy były „za” i musiały zdawać sobie sprawę, że jest w niej zapis o przetargach. Podobnego zdania jest Dariusz Matlak, prezes Polskiej Izby Gospodarki Odpadami (PIGO), który nie przebiera w słowach.

— Te samorządy, które chciały ustawy i ją gremialnie poparły, teraz zgłaszają się do Trybunału Konstytucyjnego. To ordynarny lobbing i czysto polityczne działanie mające na celu wywołanie awantury. Mamy procedury zamówień publicznych, a teraz samorządowcom to nie pasuje. To próba eliminacji prywatnego sektora tylko po to, by ochronić synekury własnych członków rad komunalnych spółek — uważa Dariusz Matlak.

Prezes PIGO uważa, że prywatne spółki mogą się okazać bardziej konkurencyjne, bo nie marnotrawią pieniędzy, nie zatrudniają fikcyjnych wujków i nie rozbudowują niepotrzebnie struktur.

— Jeśli sprawy dalej będą się tak toczyć, skończy się to aferą w instytucjach europejskich — podsumowuje prezes PIGO.