Przywołanie w dotyczącym Unii Europejskiej tytule ciut zmienionego hasła z początków PRL (w oryginale plan był sześcioletni) jest zasadne. Rzecz jasna mamy zupełnie inną epokę i trudno porównywać polski dogmatyczny plan 1950-55 z unijnymi ramami finansowymi 2014-20. Ale nadymanie propagandowego balona przez klasę polityczną ma charakter ponadczasowy. No, może UE przed rozpoczynającym się w czwartek szczytem budżetowym nie wypuszcza agitacyjnych plakatów, ale w zamian słyszymy hurtowo równie wzniosłe co puste deklaracje współczesnych władców.

Instytucja wieloletnich ram finansowych zaistniała u schyłku Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej, na pięciolatkę 1988-92. Od powstania Unii Europejskiej mamy już siedmiolatki: 1993-99, 2000-06 oraz 2007-13. Polska stała się beneficjentem dwóch ostatnich, najpierw nieśmiało w obrębie funduszy akcesyjnych, a potem już pełną gębą. Nic dziwnego, że akurat dla nas zarówno wysokość, jak i struktura finansów 2014-20 naprawdę ma znaczenie strategiczne. Notabene umocowane przez traktat z Lizbony ramy ustalane są „na okres co najmniej pięciu lat”. Z powodów symbolicznych oraz praktycznych instytucje UE trzymają się rytmu siedmioletniego.
Sens tak długiej perspektywy finansowej jest oczywisty, zwłaszcza w obszarze jakże ważnej dla Polski polityki spójności. Oczywiście UE uchwala także budżety roczne, ale muszą one być zgodne z planem wieloletnim, co jest uważane za główny czynnik dyscypliny budżetowej. Dogadywanie się w sprawie siedmiolatek podlega coraz większej presji rozbieżności między: potrzebami wydatkowymi a dochodami, beneficjentami a płatnikami, wreszcie — interesami unijnych instytucji.
Przypomnijmy, że Komisja Europejska i Parlament Europejski zajmują się wdzięcznym rozdawnictwem pieniędzy i oczywiście oczekują kwot jak największych, natomiast na ministerialną Radę UE (w formule szczytu szefów państw i rządów to Rada Europejska) spada ciężki obowiązek zapewnienia owych pieniędzy do podziału.
Pożyteczność i konieczność ustalenia ram wieloletnich to unijna doktryna. Ewentualne ich nieprzyjęcie i przejście na system budżetów jedynie rocznych to czarny plan B. Taka perspektywa postrzegana jest jako zło konieczne zarówno przez brukselską centralę UE, jak i państwa członkowskie. Dlatego z ogromnym zdumieniem i niedowierzaniem słyszę od niedawna, na razie z kręgu europosłów Platformy Obywatelskiej, że być może dla Polski bardziej korzystne okazałoby się… nieprzyjęcie ram 2014-20!
Uzasadnieniem owej karkołomnej tezy jest okoliczność, że finalne starcie o pieniądze trafia na kryzysowy dołek, co wymusza niekorzystne dla beneficjentów cięcia. A przecież teoretycznie można sobie wyobrazić cudowne gospodarcze ożywienie, które umożliwi uchwalenie rocznego budżetu 2018 czy 2019 nieporównanie bardziej tłustego, niż można to sobie wyobrazić z dzisiejszego dołka.
Słyszałem już najróżniejsze propagandowe tłumaczenia politycznych niepowodzeń. Ale takie przygotowywanie przekucia ewentualnej plajty brukselskiego szczytu w kolejne wielkie zwycięstwo obecnego rządu to naprawdę przekroczenie masy krytycznej obywatelskiej inteligencji…