Data czysto przypadkowa, na każdym EXPO codziennie któreś z uczestniczących państw ma swoje pięć minut. Termin wydawał się dobry, ale splot ostatnich wydarzeń związanych z falą emigracji, a zwłaszcza trwająca kampania wyborcza zepchnęły to wydarzenie z pierwszej linii. Skoncentrowana na wyborczej rywalizacji na partyjne konwentykle zrezygnowała z uczestnictwa premier Ewa Kopacz, rząd reprezentował tylko Janusz Piechociński jako minister gospodarki. Natomiast prezydent Andrzej Duda nigdy nie planował wyjazdu, bo miał dożynki w Spale. Generalnie takie potraktowanie EXPO przez walczącą o punkty wierchuszkę polskiej władzy kontrastuje z postawą przywódców, dla których nieobecność w narodowym pawilonie byłaby po prostu niepojęta — do Mediolanu obowiązkowo dotarli m.in. prezydent Francois Hollande, premier David Cameron, prezydent Władimir Putin, kanclerz Angela Merkel.

Znaczenia wystaw światowych EXPO oczywiście nie należy przeceniać. Mają formułę rodem z XIX wieku i dzisiaj są już archaiczne w zestawieniu z odbywającymi się codziennie gdzieś na świecie nowoczesnymi targami i wystawami branżowymi. Ale skoro wciąż znajdują się chętni do ich organizacji i wszystkie liczące się państwa przyjeżdżają, to Polska po prostu musi uczestniczyć najlepiej jak potrafi. W pracach paryskiego Bureau International des Expositions (BIE) uczestniczymy ponownie od zmiany ustroju. Ale w sprawie Mediolanu rząd jeszcze w 2013 r. się zastanawiał, czy… w ogóle tam jechać i wydać 60 mln zł. Wyprawa w większości finansowana jest pieniędzmi unijnymi z projektu „Promocja polskiej gospodarki na rynkach międzynarodowych”, a budżet wykłada wprost tylko 7 mln zł. Koncepcja programowa przyjęta została zaledwie rok przed wystawą, potem jeszcze poprawiona, a przecież powinno to następować z wyprzedzeniem minimum trzyletnim. Niemcy, którzy nie muszą walczyć o swoją gospodarczą markę i promocję eksportu, prezentację na kolejnym EXPO zaczynają przygotowywać po zakończeniu poprzedniego.
Głównym problemem narodowych prezentacji na EXPO jest trafienie w gusta zwiedzających. Chodzi rzecz jasna nie o delegacje urzędników, docierające do pawilonu z macierzystego kraju, lecz o gospodarzy, albowiem to oni w 95 proc. stanowią publiczność. Przy takich założeniach Mediolan nie był programowo trudny. Polska przecież od 11 lat jest w Unii Europejskiej i znamy potrzeby Włochów, a oni także już wiedzą, czego się spodziewać po nas. Trafnie wybranym lejtmotywem pawilonu są owoce, na czele z jabłkami, albowiem w tym asortymencie jesteśmy światowym potentatem. Poza tym polskie jabłka to symbol handlowego konfliktu unijno-rosyjskiego. W Mediolanie elewację pawilonu stanowią ściany z drewnianych skrzynek na te owoce, a na dachu zasadzono m.in. jabłoniowy sad. To jeden z niewielu zwiezionych ze świata na EXPO elementów żywych, albowiem w większości pawilonów natura przemawia głównie z… ekranów.