Żyjemy w kraju wiecznych niedostatków. Zawsze mamy na co ponarzekać i zawsze czegoś nam brakuje... Niektórzy twierdzą, że taka już nasza mentalność. Fakty mówią co innego.
Jeszcze niedawno narzekaliśmy, że koło nosa przejdzie nam 12 mld EUR z unijnej kasy, bo nie będziemy umieli przygotować odpowiednio dużo odpowiednio dobrych projektów. I co? Lawiny wniosków zasypały instytucje odpowiedzialne za ich przyjmowanie i ocenę. Nie ma jednak programu, w którym na dotację zasłużyło więcej niż połowa chętnych. W niektórych programach dobrym wynikiem jest kilkanaście procent.
Innym powodem do narzekań były opóźnienia w ocenie wniosków. Na przekór sprawdzonej maksymie okazało się, że nie ma tego dobrego, co by na złe nie wyszło — na olbrzymią liczbę wniosków potrzeba znacznie więcej czasu. Narzekano też, że możliwości, jakie dają unijne dotacje, mogą zostać zaprzepaszczone, ponieważ przedsiębiorców i innych podmiotów korzystających ze wsparcia nie będzie stać na sfinansowanie projektów. Dotacja wypłacana jest zazwyczaj na końcu — na podstawie rzeczywiście poniesionych wydatków. Tymczasem okazało się, że przedsiębiorcy znacznie lepiej radzą sobie z zapewnieniem odpowiednich sum niż urzędnicy. Szczególnie ci z Ministerstwa Finansów, którym już w marcu zabrakło pieniędzy na prefinansowanie projektów objętych wsparciem, na przykład w ramach programu Rozwój Zasobów Ludzkich.
Teraz narzekać mogą ci, w których rozbudzono nadzieje... Na przykład przedsiębiorcy czekający od wielu miesięcy na możliwość skorzystania z dofinansowywanych szkoleń podnoszących ich kwalifikacje. Uśmiech też błyskawicznie zniknie w instytucjach szkoleniowych, którym przyznano wsparcie. Mimo że udało im się przejść gęste sito oceny, na pieniądze przyjdzie im poczekać — o ile w ogóle je dostaną.
I jak tu nie narzekać…