Nasi w Kalifornii

  • Dorota Czerwińska
opublikowano: 08-04-2013, 00:00

ROZMOWA Z MARCINEM KŁODĄ, SZEFEM AMERYKAŃSKIEGO ODDZIAŁU FIRMY MOBICA W DOLINIE KRZEMOWEJ

„Puls Biznesu”: Jak się zostaje szefem firmy informatycznej w Dolinie Krzemowej?

Zobacz więcej

PRACA ZA OCEANEM: Wiedza i umiejętności polskich programistów sprawiły, że stanowią już większość tzw. kapitału ludzkiego Mobiki. Także w San Jose czekają miejsca pracy na programistów z Polski — mówi Marcin Kłoda, dyrektor zarządzający filii Mobiki w San Jose. [FOT. WM]

Marcin Kłoda, dyrektor zarządzający filii firmy Mobica w San Jose: Rok temu wezwał mnie szef i zapytał, czy chciałbym rozwijać biznes firmy w Dolinie Krzemowej. Warunek był jeden: znalezienie klientów. Szefowie wiedzieli, że lubię pracować. Miałem doświadczenie w zarządzaniu projektami, jako programista byłem zorientowany na biznes, ale nigdy nie sprzedawałem. A to, czego brakowało mi w mojej karierze, to właśnie budowanie biznesu od zera. Podjąłem wyzwanie.

I poleciał pan do Kalifornii zakładać biuro?

Najpierw zacząłem sprzedawać nasze usługi z Polski. Ze względu na różnice czasowe pracowałem głównie w nocy. Tak było od lutego do września 2012 roku. Kiedy zdobyliśmy klientów, otworzyliśmy biuro w San Jose.

Dlaczego Mobica chciała być w Dolinie Krzemowej?

Strategią firmy jest jej wzrost i globalizacja. A do tego potrzeba obecności w światowym centrum technologicznym, w sąsiedztwie takich firm jak Microsoft, Google czy Facebook, na rynku uważanym za znacznie bardziej dynamiczny od europejskiego.

Kryzysu tam nie widać?

Widać. Wiele firm pada, bo jest coraz większa konkurencja, zwłaszcza przedsiębiorstw azjatyckich. My chcemy się pokazać z jak najlepszej strony, jeśli chodzi o innowacyjność, solidność i indywidualne podejście do klientów.

Dlaczego to Polak otworzył w Stanach filię brytyjskiej firmy?

Kilka razy już słyszałem to pytanie. Szefowie w Anglii nie patrzą na ludzi przez pryzmat narodowości, lecz umiejętności, kompetencji i chęci do pracy. Myślę, że to dlatego Mobica odnosi sukcesy. A wiedza i umiejętności polskich programistów sprawiły, że stanowią już większość tzw. kapitału ludzkiego Mobiki. Także w San Jose czekają miejsca pracy na programistów z Polski.

Programista to dzisiaj jeden z najbardziej poszukiwanych specjalistów.

Strasznie się denerwuję, gdy w mediach słyszę, że programista zawsze znajdzie pracę. Powoduje to — po pierwsze — że powstają szkoły lub kierunki informatyczne niekoniecznie z dobrymi programami i wykładowcami. Podobnie było kilka lat temu z zarządzaniem. A po drugie — młodzi ludzie mogą rezygnować ze swoich zainteresowań i decydować się na informatykę, bo media mówią, że nie będą bezrobotni. I zamiast być na przykład świetnymi historykami, zostaną kiepskimi informatykami. Bo w tej branży, jak w każdej, są lepsi i gorsi. Bezrobocie nie grozi dobrym programistom.

Czyli jakim?

Pasjonatom. Zainteresowanym tym, co robią, zaangażowanym i zdeterminowanym. No i komunikatywnym — umiejącym słuchać i zadawać takie pytania, które pomogą w rozwiązaniu problemu klienta.

Trudno znaleźć dobrego informatyka?

Polskie uczelnie co roku wypuszczająna rynek około 10 tys. informatyków, ale o najlepszych firmy się biją. To rynek pracownika.

Awans na szefa firmy w Dolinie Krzemowej to duże osiągnięcie. Kto ma szanse na taki sukces?

Z moich obserwacji wynika, że nie można być zbyt pewnym siebie, trzeba mieć trochę kompleksów. Zbyt pewni często muszą odgrywać role specjalistów, fachowców, udają, że wszystko wiedzą, a to kosztuje bardzo dużo energii. A człowiek z kompleksami twardo stąpa po ziemi, zdaje sobie sprawę ze swojej niedoskonałości, co powoduje, że chce się rozwijać. Po wielu polskich menedżerach w korporacjach kompleksów nie widać. Biegają z papierami i roztaczają aurę zajętych i bardzo ważnych. Nie są zorientowani na cele, bo nie ponoszą żadnej odpowiedzialności za to, co i jak robią. Niektóre korporacje są tak rozbudowane, że odpowiedzialność gdzieś się rozmywa. Kompetentnych i zaangażowanych jest niestety niewielu.

A co jest pana mocną stroną?

Wydaje mi się, że umiem budować dobre, trwałe relacje i zaufanie. Nie myślę o sobie: „jestem super gość”, bo widzę swoje braki na przykład w organizacji czasu. Chciałbym też poprawić American English i bardziej dyplomatycznie dobierać słowa.

Jak w Ameryce udowadnia się swoją jakość?

Tam ludzie są bardziej odpowiedzialni nie tylko za to, co robią, ale też za to, co mówią. Kiedy w Polsce pytam rozmówcę, czy podejmuje decyzje w sprawie, z jaką przychodzę, słyszę: „oczywiście”, a potem się okazuje, że tak nie jest. W Stanach to niedopuszczalne. Mam wrażenie, że w Polsce wiele osób w ten sposób podnosi sobie poczucie wartości. Polskie firmy pytane o wykonanie produktu lub usługi często się na to godzą, chociaż tego nie potrafią. Chodzi o złapanie klienta, a jakość tego, co oferują, nie ma dla nich znaczenia.

Pana pasja to wyścigi Formuły C. To sposób na odreagowywanie?

Lubię rywalizację w każdej dziedzinie. Jestem dynamicznym człowiekiem. Ścigam się od szóstego roku życia i mam w tym pewne osiągnięcia. Zdobyłem czołowe miejsca w pucharach narodowych i międzynarodowych. Wyścigi są jak Avatar, jak inna planeta. Wsiadam do auta i zapominam o całym świecie. Teraz ścigam się mniej, bo chcę w 100 proc. skupić się na celu zawodowym, jaki mam do zrealizowania. Ale marzę o udziale w prestiżowym wyścigu KZ2 w Las Vegas.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Dorota Czerwińska

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu