Nasz kurczak, nasze świnie

opublikowano: 29-05-2016, 22:00

PORTRET: Józef Wiśniewski przez kilka dekad po cichu pracował na status potentata w branży pasz. Teraz już trudno o ciszę, bo Wipasz śmiało sobie poczyna w produkcji mięsnej, inwestując setki milionów złotych. Plan to m.in. rozwój hodowli trzody chlewnej i skok przychodów o kolejne 1,5 mld zł.

Ręka zawsze na kaloryferze — to była żelazna zasada Józefa Wiśniewskiego. Gdy go zmorzył nagły sen, stygnące żeliwa dawały sygnał do pobudki: pora dorzucić do pieca, by pięć tysięcy dopiero co kupionych indyków nie padło.

Józef Wiśniewski
Józef Wiśniewski
Marek Wiśniewski

— Gdy postawiłem pierwszy kurnik z indykami, przez dwa tygodnie nie widziałem łóżka. Nocami pilnowałem grzejników, by moje małe ptaki nie zamarzły — wspomina szef Wipaszu.

60-letni przedsiębiorca z rozbawieniem wspomina perypetie sprzed trzech dekad, gdy stawiał pierwsze kroki w świecie rodzącego się polskiego kapitalizmu. Przez te lata po cichu, z dala od zgiełku Warszawy, na północno-wschodnich peryferiach kraju budował imperium, które przyćmiewa skalą niejednego giełdowego potentata. Na pierwszej linii medialnego frontu znalazł się dopiero w zeszłym roku, gdy publicznie zadeklarował przekazanie 800-metrowego domu na potrzeby uchodźców. Z zapowiadanego wejścia firmy na giełdę na razie zrezygnował, woląc rozwój z dala od jej reżimu, mając na zapleczu finansowanie z banków. Tylko nieliczni więc kojarzą, że Wiśniewski to Wipasz — ten sam, który w 2016 r. osiągnie około 1,7 mld zł przychodów i zanotuje zyski w okolicach 50 mln zł. Że wystarczy? Nigdy w życiu! Syn rolnika zerka zza ekstrawaganckich okularów, poprawia stylową marynarkę i zaraz, po dziesiątkach lat milczenia, zaczyna opowiadać o głodzie sukcesu i o dokładaniu do biznesowego pieca.

Duma i zawód

No może z tym długotrwałym milczeniem to przesada. Raz na kilka kwartałów zestaw Wiśniewski-Wipasz miga w mediach, głównie lokalnych. Przedsiębiorca wygłasza wówczas zwykle kilka krótkich zdań i jest po sprawie. Żartuje, że jest z nim trochę jak z Lechem Wałęsą — najlepiej, żeby na publiczne spotkania przychodził z tłumaczem. Jak więc spowodować, żeby właściciel największej w Polsce firmy produkującej pasze i czołowego przedsiębiorstwa produkującego mięso drobiowe powiedział coś więcej? Najlepiej pojechać do Mławy, gdzie Józef Wiśniewski z dumą (uzasadnioną) wciąż dopieszcza swoje najmłodsze dziecko — największy i najnowocześniejszy zakład drobiarski nad Wisłą, którego budowa pochłonęła grubo ponad 200 mln zł. Jeśli spodziewacie się tam scen rodem z horrorów lub z narracji z telewizyjnych reportaży, gdzie rytm wybijają opisy bezprawia w krainie fetoru — spotka was zawód. W Mławie — tuż obok potężnej fabryki LG — jest czysto, cicho i bez żadnych sensacji.

— Unijne normy są bardzo surowe, kontrole właściwie od nas nie wychodzą. Zresztą gdyby zakład za ponad 200 mln zł był uciążliwy dla mieszkańców lub nie podobał się kontrolerom, np. z wielkich sieci handlowych, skazani bylibyśmy na bankructwo. Zatem tu musi być i jest perfekt — przekonuje Józef Wiśniewski, oprowadzając po przepastnych halach, gdzie w temperaturze 3 stopni Celsjusza pracuje ponad tysiąc osób.

Skrzydełko czy nóżka

— To jest to nasze złoto — ekscytuje się jeden z menedżerów zakładu, prezentując japońskie linie porcjujące i filetujące piersi kurcząt, by na każdą tackę trafiło idealnie 0,5 kg mięsa. Tego złota — najwyżej marżowanej części kurczaka (trzykrotnie wyżej niż udka) — co minutę produkuje się w Mławie 450 sztuk. Większość trafia na eksport. Nieprzypadkowo w recepcji wiszą trzy zegary, wyznaczające czas w Londynie, Pekinie i Warszawie. Brytyjskie markety i sieci restauracyjne to jeden z lepszych klientów Wipaszu. Także Biedronka, a za nią inne polskie markety odbierają coraz więcej produktów sygnowanych marką Nasz Kurczak. Azja? Tam polskie mięso dopiero poznają.

— W Europie wygrywamy ceną i jakością. W Polsce jest nadprodukcja kurczaków, nie brakuje średnich zakładów, które szukają zbytu tylko na lokalnych rynkach — tłumaczy Józef Wiśniewski i zapewnia, że już zamówił nowe litery pod jeden z zegarów. Warszawę zastąpi swojska Mława.

— Pośrodku niczego, gdzieś tam w Polsce, stoi zakład, jeden z najlepszych w Europie. Najbardziej zadziwia, że nie jest to inwestycja zagraniczna — mówi pytany o Wipasz szef światowego konkurencyjnego koncernu, produkującego mięso drobiowe w Polsce. Inwestycja Wipaszu to również projekt estetyczny: nowy park maszynowy pozwala efektowniej ułożyć mięso w opakowaniu, by skuteczniej kusić oko roztropnej gospodyni. Żadnych wycieków, pomarszczonej folii czy kości. A każda pierś przejeżdża też przez rentgen.

Mieszanka na biało

Produkcja mięsa to dzisiaj 30 proc. przychodów firmy Józefa Wiśniewskiego. Za kilka lat ma to już być połowa imperium. Wipasz ma apetyt na szybki wzrost, korzystając z rosnącej popularności białego mięsa w Europie, a także czerpiąc z osiągnięć techniki, genetyki i własnych badań. Dość powiedzieć, że sterylny proces produkcyjny wydłużył trwałość mięsa z nie tak dawnych 3 dni do 16, a genetyczny koncern Aviagen i jego szybko rosnąca odmiana kurczaka Ross 308 podbiła polskie kurniki. To, w połączeniu z coraz wydajniejszymi paszami Wipaszu, daje mieszankę pozwalającą Józefowi Wiśniewskiemu mierzyć wysoko i to także na lokalnym rynku.

— Pasza ma bardzo niskie marże, przez co jej sprzedaż za granicę jest nieopłacalna, żeby zatem rosnąć, wspieramy lokalnych hodowców zwierząt. Dla nas to nie tylko biznes, ale także misja. Nasz model biznesowy w odróżnieniu od części konkurencji nie obejmuje własnej hodowli. Mamy ponad 120 dostawców drobiu i setki dużych odbiorców naszych mieszanek paszowych — objaśnia przedsiębiorca i zastrzega, że hodowlany epizod ma już dawno za sobą.

Łata pracusia

Ważnych epizodów w jego życiu jest co najmniej kilka. Pierwszy z brzegu: zamiast zostać na ojcowiźnie nieopodal Nidzicy i obrabiać rodzinne hektary, młodego Wiśniewskiego w głębokim PRL ciągnęło nieco dalej. Gdy skończył technikum chemiczne („Orłem nie byłem”), nie miał ochoty iść w kamasze lub do pracy w Stomilu. Zatem studia — byle blisko i na kierunku, na który wystarczy jego specjalizacja z technikum. W ten sposób został przyszłym geodetą na uczelni w Olsztynie.

— Studia przedłużyłem o rok dziekanki, wciągnął mnie pierwszy biznes: spółdzielnia studencka. Byłem złotą rączką — malowałem, naprawiałem, pomagałem — wspomina przedsiębiorca z Warmii. Koledzy ze studiów pamiętają, że niwelator czy trzymanie łaty to nie była pasja przyszłego multimilionera. Wolał zażywać uroków studenckiego życia. Praca? Upomniała się w końcu o magistra inżyniera.

— Kilkuletniego epizodu w spółdzielni produkcyjnej w Kieźlinach nie zapomnę nigdy z jednego powodu: to tam pojąłem, że gospodarka socjalistyczna nie jest dla mnie. Nie rozumiałem jej i do dziś nie rozumiem — zapewnia właściciel Wipaszu.

Słowo do słowa i okazuje się, że te Kieźliny nie były aż takie straszne. Jako kierownik produkcji roślinnej w dwa lata podwoił plony. Nawiązał też ważne relacje: ówczesny prezes spółdzielni po dziś dzień pracuje u niego w Wipaszu. W połowie lat 80. Józef Wiśniewski, jak mówi, szybko ewoluował. Stał się pracusiem. Z energią zaczął budować podwaliny dzisiejszego imperium.

— Lądowanie na swoim było twarde. Wszystko wokół zwierząt robiłem w pojedynkę. Z kierownika w spółdzielni produkcyjnej stałem się swoim pracownikiem — wspomina.

Mazda w literaturze

Inspiracja gulgoczącymi kurnikami przyszła wraz z odwiedzinami u kolegi. Ten na indykach rósł w oczach. Józef Wiśniewski zebrał oszczędności, dorzucił do tego kredyt z banku spółdzielczego i kupił hektar ziemi w Wadągu pod Olsztynem. Postawił tam pierwszy kurnik. No, prawdę mówiąc, to pieniędzy starczyło ledwie na połowę budynku. Drugą dobudował jednak w trymiga, bo w czasach wiecznego niedoboru i gwałtownie rosnącego popytu w końcu lat 80. marże na indykach były liczone nawet w tysiącach procent. Cykl produkcyjny trwał pół roku. I choć pierwsze tygodnie na swoim kosztowały go mnóstwo stresu i zdrowia, to po pół roku, gdy sprzedawał pięciotysięczne stadko, stać go było i na drugą połowę kurnika i na przesiadkę z poloneza do mazdy.

— Wszystkiego na początku uczyłem się sam. Gdy na rynku w związku z sankcjami gospodarczymi brakowało pasz opartych na kukurydzy zza oceanu, zacząłem wytwarzać mieszanki z dostępnych zbóż. Eksperymentowałem, czytałem fachową literaturę, w latach 90. jeździłem po Europie, podglądając, co i jak się robi w krajach rozwiniętych w hodowli i rolnictwie. To był taki czas w gospodarce, że ludzie odważni mogli rozwinąć skrzydła — uważa przedsiębiorca.

Dziobanie od podszewki

Zawodowe życie Józefa Wiśniewskiego w latach 90. toczyło się według dobrze znanego wzorca: dużo pracy, dużo kredytów i reinwestycja zysków w budowę kolejnych segmentów biznesu.

— Nocami myślałem, w dzień pracowałem, to było co najmniej 16 godzin na dobę, także w niedziele i święta. Jednocześnie zawsze prowadziłem transparentnie interesy, dzięki temu rosnące przychody i zyski pozwalały mi na coraz wyższe limity kredytowe w bankach — opowiada. W pierwszych latach III RP stanął przed dylematem: iść na hodowlany wyścig zbrojeń także z zagranicznymi inwestorami czy przerzucić siły na nieco niszowe pasze. Wybrał drugą opcję — polski rynek był lekceważony przez światowe koncerny, a z drugiej stronynasi rolnicy w karmieniu drobiu byli bardzo nieefektywni. Przez lata Wipasz rozrósł się o dziesiątki silosów i kilka sporych mieszalni w północno-wschodniej części kraju.

— Rynek wygrywałem lepszym niż zachodnie koncerny kontaktem z hodowcami, znałem ich bolączki od podszewki. Do tego zaproponowałem im innowacyjną na tamte czasy usługę: profilaktykę weterynaryjną — mówi Józef Wiśniewski. Aż wreszcie Wipasz stał się na tyle duży, że lokalny rynek stał się dla niego za mały. Skoro pasza na eksport się nie nadaje (niskie marże), Wiśniewski musiał stawić czoła wielkim przemysłowcom, ruszając z własną produkcją mięsa drobiowego na eksport. Tym samym zarabia na mięsie, ale i na zwiększonym popycie na pasze.

Prosię w instytucie

„Polskie świnie zaleją Europę” — straszyła zachodnia prasa przed wejściem Polski do Unii Europejskiej. Z powodu nadprodukcji taniej wieprzowiny (tzw. świńska górka) polscy rolnicy mieli zdominować ten segment produkcji mięsa. O kurczakach nikt nic nie mówił, tymczasem Polska jest obecnie największym w UE producentem drobiu i drugim po Holandii eksporterem białego mięsa. Jednocześnie co roku importujemy 40 proc. warchlaków do dalszego chowu. Józef Wiśniewski ma plan, który ma nadać nową dynamikę jego przedsięwzięciom i za dekadę zwiększyć przychody wyraźnie ponad 3 mld zł. Raz, że w Międzyrzecu Podlaskim kosztem ponad 200 mln zł zbuduje kolejny ultranowoczesny zakład drobiarski, produkujący także m.in. dania gotowe. Dwa, że zainwestuje dziesiątki milionów złotych w badania i rozwój hodowli trzody i drobiu. Instytut badawczy, opracowujący optymalną ścieżkę hodowli drobiu bazującej na produktach Wipaszu, miał stanąć w Pasłęku, jednak przeszkodzili temu lokalni politycy i mieszkańcy. „Instytut dałby Pasłękowi prestiż, a nie smród. Życzę obywatelom Pasłęka jak najlepiej,ale z takim podejściem do inwestycji miasto nie będzie się rozwijać” — napisał w liście otwartym Józef Wiśniewski i zapowiedział, że placówka prędzej czy później powstanie. Bez niej Wipasz i zrzeszeni wokół niego hodowcy zostaną w tyle wyścigu technologicznego. Bliżej realizacji jest jednak projekt, który przedsiębiorca roboczo nazywa Instytutem Produkcji Prosiaka. Brzmi może nieco komicznie, ale ma już lokalizację pod Kętrzynem i pomysł, który w razie powodzenia spowoduje, że polscy hodowcy wieprzowiny powtórzą sukces drobiarzy.

Locha na bank

— Polak ze swoich korzeni to jest chłop, rolnik. Mamy to we krwi, jednak potrzeba kogoś, kto pokaże i udowodni na rynku i przed bankami nowy polski model biznesowy w hodowli wieprzowiny. I to będziemy my — zapowiada Józef Wiśniewski. I tłumaczy, że pod Kętrzynem stworzy unikatowy instytut, w którym wszyscy chętni będą mogli się nauczyć, jak stworzyć rentowną hodowlę prosiąt i znaleźć finansowanie. Bo według statystyk w produkcji wieprzowiny w ostatniej dekadzie cofnęliśmy się do lat 60., gdy świński rynek zamykał się w 11 mln zwierząt. Ta zapaść to pokłosie nieefektywnego modelu produkcji, rozdrobnionego, nieinwestującego w technologiczne nowinki.

— Pomysł na instytut podpatrzyłem u Hiszpanów. Oni wypracowali już model produkcji wieprzowiny. Oceniam, że w Polsce potrzeba większej koncentracji, opłacalne będą fermy liczące co najmniej 500 loch. Jeśli plan się powiedzie, to za 15 lat Polska nie będzie importerem, tylko eksporterem mięsa wieprzowego i warchlaków — opisuje przedsiębiorca. Zaraz jednak zastrzega, że w jego wizji nie ma mowy o produkcji wieprzowiny, lecz jedynie o dostawach mieszanek pasz i know- -how dla hodowli. Ale przecież swego czasu o drobiu mówił podobnie. Jedno jest pewne: kaloryfer nie może wystygnąć. &

NA ZDJĘCIACH:

Tak było. Początki profesjonalizacji biznesu Wipaszu przypadły na lata 90. Po pewnym czasie okazało się, że pasze to kura znosząca złote jaja.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: KAROL JEDLIŃSKI

Polecane