Nauka z tragedii nie wchodzi do głowy

Jacek Zalewski
11-09-2002, 00:00

Już na kilka dni przed 11 września media nasycone zostały rocznicowymi materiałami o ataku terrorystycznym na World Trade Center i Pentagon. Wśród nich trafił się jeden kuriozalny — cielęcy zachwyt nad wydaniem „The New York Times” z 12 września 2001 r., które zebrało ileś tam Pulitzerów. Przecież WSZYSTKIE dzienniki świata datowane 12 września wyglądały bardzo podobnie! Nie gorsze od „NYT” były tytuły polskie — „Rzeczpospolita”, „Gazeta Wyborcza”, etc. Nie ma się czego wstydzić również „Puls Biznesu” — co przypominamy na str. 3 reprodukcją okładki (towarzyszą jej dwie inne okładki z gorących tygodni po 11 września).

Przypomnijmy, że w pierwszych godzinach po ataku całkiem realna wydawała się liczba zabitych porównywalna z atomową tragedią Hiroszimy czy Nagasaki — nawet 50 tys. Poza tym samoczynnie pisały się najczarniejsze scenariusze dalszego rozwoju wydarzeń. W szczególności nieprzewidywalne były gospodarcze następstwa trafienia przez terrorystów w finansowe serce globu. Rozwojowi sytuacji w ciągu następnych miesięcy poświęcamy dzisiaj liczne teksty na stronach 4-13. Wynika z nich generalny wniosek, że na szczęście dla ludzkości — było w sumie nie tak źle, jak być mogło! Nie zmienia to faktu, iż negatywny wpływ 11 września 2001 r. na sytuację gospodarczą świata jest oczywisty i długo jeszcze takim pozostanie.

Przystając dzisiaj w zadumie nad prochami ofiar z Nowego Jorku, Waszyngtonu i Pensylwanii (czwarty samolot), powinno się zarazem rozważyć, czy z ich tragedii na pewno zostały wyciągnięte właściwe wnioski. Podczas XII Forum Ekonomicznego w Krynicy Zdroju odbyło się kilka seminariów na temat następstw 11 września i perspektyw wojny z terroryzmem. Charakterystycznym zjawiskiem była obecność aż dwóch ambasadorów USA — rezydującego u nas Christophera R. Hilla (patrz rozmowa na str. 4) wzmacniał John F. Tefft z Litwy. Dyplomaci amerykańscy prowadzą obecnie wielką ofensywę na polecenie prezydenta Busha — mają za wszelką cenę przekonywać świat, a w szczególności Europejczyków, do podtrzymywania wysokiej temperatury walki z terroryzmem — czytaj: do uderzenia na Irak. Jednak otwarte dyskusje na ten drażliwy temat nie przebiegają wcale po myśli amerykańskiej.

My tutaj nigdy nie pojmiemy, czym 11 września był i wciąż jest dla Stanów Zjednoczonych. Szokiem, znacznie większym niż Pearl Harbor, zabójstwo Johna Kennedy’ego, etc. Po raz pierwszy od czasów ukształtowania się amerykańskiego narodu ktoś śmiał tak bezpośrednio uderzyć w jego symbole. Poza tym było to tak niesamowicie spektakularne... Zauważmy, o ileż ciszej jest nad trumnami ofiar z gmachu Pentagonu, których dramat nie dotarł tak do świadomości społecznej, jak los nieszczęśników z wież WTC.

Tymczasem Europa już dawno ochłonęła i zaczęła przymierzać całe wydarzenie do własnej historii. Okazuje się, iż na naszym kontynencie skala tragedii z 11 września sytuuje ją gdzieś daleko w długiej kolejce. Rozbieżności ocen po obu stronach Atlantyku rosną bardzo szybko. W kolebce Unii Europejskiej silne odczuwalne są nastroje antyamerykańskie, i to nie w formie prymitywnych oskarżeń „sami są sobie winni”, lecz poważnych prądów intelektualnych. Coraz częściej słychać tam zdziwienie, czemu tak irracjonalnym uczuciem darzy Amerykę pewien kraj nad Wisłą...

Z jednej strony USA oczekują od reszty świata bezwarunkowego poparcia i solidarności, a z drugiej kompletnie ów świat lekceważą, jeśli ustalenia społeczności międzynarodowej w jakikolwiek sposób naruszają amerykańskie interesy. Pal sześć międzynarodowe trybunały, ale na przykład odmowa podporządkowania się protokołowi z Kioto jest zbrodnią na globie ziemskim, w skali cywilizacji zdecydowanie przewyższającą to, czego dokonali fanatycy Bin Ladena. Ta obiektywna prawda jest wyjątkowo niewygodna, dlatego prezydent George W. Bush najzwyczajniej stchórzył przed szczytem w Johannesburgu. Dla niego świętością pozostaje wolność prowadzenia biznesu, która w tym wypadku oznacza niezgodę amerykańskich koncernów na poniesienie kosztów ograniczenia emisji gazów do atmosfery.

Wypada ubolewać, że Stany Zjednoczone skoncentrowały się po 11 września tylko i wyłącznie na wątku represji i ukarania zbrodniarzy. Akurat w tej sprawie opinia całej społeczności międzynarodowej była jednoznaczna — ALE CO DALEJ? Na razie zastygliśmy w oczekiwaniu na uderzenie na Irak. Zostało ono już postanowione, potrzebny jest tylko jakiś wiarygodny casus belli — zdjęcia satelitarne rakiet, zeznania jakichś uciekinierów o produkcji bomby atomowej, niewpuszczenie obserwatorów ONZ czy coś w tym stylu.

Rezydujący obecnie w Waszyngtonie nasz były wiceminister spraw zagranicznych Radosław Sikorski zarysowuje dwa możliwe scenariusze nowej wojny. Optymistyczny brzmi — szybkie zwycięstwo, ubicie Saddama Husajna, zwycięskie tańce uwolnionego od tyrana narodu irackiego na ulicach Bagdadu, odbudowa gospodarcza, szybko taniejąca ropa naftowa, etc. Ale jest i drugi scenariusz — marines wikłają się w długotrwałe walki uliczne, zniszczony zostaje nie tylko hipotetyczny iracki potencjał atomowy, lecz i realnie istniejący naftowy, wojenna panika na rynkach, ropa po 100 USD za baryłkę...

Jeszcze końcowa uwaga na temat tak pilnie potrzebnego USA casus belli — historia zna różne preteksty wybuchu wojen, przypadkowe i spreparowane. W Europie mieliśmy i emską depeszę, i prowokację gliwicką, i wiele innych. Amerykanie zaś najlepiej powinni pamiętać incydent z 1964 r. w Zatoce Tonkińskiej, po którym sami wpakowali się w bagno Wietnamu — na całe pokolenie.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Surowce / Nauka z tragedii nie wchodzi do głowy