Kevin Durant ma 2,06 m wzrostu i waży ponad 100 kg. Po boisku porusza się jednak zwinnie niczym pantera. Długie ręce dają zasięg, który w ataku i obronie pozwala na niemal wszystko. Jako koszykarz, któremu kończy się tego lata kontrakt, był na liście marzeń każdego klubu NBA, choć wiadomo było, że liczyć się będą tylko najlepsi.

Całą dotychczasową karierę spędził w zespole Oklahoma City Thunder, ale teraz przechodzi do Golden State Warriors, czyli klubu, który pokonał Thundera w finale konferencji zachodniej. Zadziałała zasada: jeśli nie możesz kogoś pokonać, dołącz do niego. Kevin Durant zgodził się na dwuletnią umowę o wartości 54,3 mln USD, czyli za jeden sezon zarobi ponad 27 mln USD. Po pierwszym roku ma w umowie opcję, która gwarantuje prawo do odejścia.
To ważna klauzula, bo Warriorsi są naszpikowani gwiazdami i mają w składzie Stephena Curry’ego, uznawanego obok Duranta i LeBrona Jamesa za najlepszego koszykarza naszych czasów. Może dojść do zgrzytów o to, kto ma grać pierwsze skrzypce. Kontrakt skrzydłowego robi wrażenie, bo tyle nie zarabiali w ostatnich latach nawet najlepsi. Nie jest to jednak najwyższa umowa uzgodniona jeszcze przed wejściem w życie nowych przepisów płacowych.
Na początku lipca świat obiegła informacja, że Mike Conley za pięć lat gry otrzyma 153 mln USD, czyli ponad 30 mln USD za sezon. To najwyższa umowa w historii NBA pod względem całkowitej wartości. Conley nie jest gwiazdą takiego formatu jak Durant, ale jest znakomitym rozgrywającym i dyrygentem drużyny Memphis Grizzlies. Widocznie władze klubu z miasta Presleya doszły do wniosku, że jego zdolności przywódcze są warte takich pieniędzy.
Większe kontrowersje wzbudzają kontrakty Luola Denga, Sudańczyka z brytyjskim paszportem, i pochodzącego z Rosji Timofieja Mozgowa, którzy już uzgodnili warunki ze słynnym klubem Los Angeles Lakers. Pierwszy za cztery lata gry otrzyma 72 mln USD, drugi 64 mln USD. Deng ma jednak najlepsze lata za sobą, a Mozgow zdobył wprawdzie mistrzostwo w ostatnim sezonie, ale był w barwach Cleveland Cavaliers postacią drugoplanową.
To nieostatnie absurdalnie wysokie kontrakty podpisywane tego lata w NBA. Wszystko za sprawą tzw. salary cap, czyli pułapu wynagrodzeń dla zawodników, w którym muszą się zmieścić kluby, inaczej właściciele płacą podatek od luksusu. W tym roku NBA podwyższyła ten pułap z 70 do 94 mln USD. Zmiana ma związek z wchodzącą w życie od najbliższego sezonu nową umową telewizyjną o wartości 24 mld USD podpisaną z ESPN i Turner Sports. Dla porównania: w hokejowej NHL limit podwyższono zaledwie o 1,6 mln USD — do 73 mln USD. © Ⓟ
