NBP: wzrost będzie słaby, ale bezrobocie niskie

Ignacy MorawskiIgnacy Morawski
opublikowano: 2023-03-12 20:00

Mizerny wzrost PKB, niskie bezrobocie, wysoki nominalny wzrost płac i spadek inflacji. Taką mieszankę trendów dla Polski prognozuje bank centralny. Czy rzeczywiście może się tak ułożyć?

Posłuchaj
Speaker icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl
Subskrypcja

Narodowy Bank Polski opublikował w piątek Raport o inflacji, czyli ciekawy dokument o perspektywach makroekonomicznych Polski wydawany trzy razy do roku. W najnowszym dokumencie w oczy rzucają się dwa zjawiska. Wzrost gospodarczy ma być dość słaby przez dłuższy okres, ale bezrobocie ma być dość niskie, a płace nominalne będą rosły w dwucyfrowym tempie jeszcze przez kilka kwartałów. Bank centralny jest przekonany, że pierwsze z tych zjawisk — słaby wzrost — przełoży się na wyraźny spadek inflacji. Ja mam podejrzenia, że może nie doceniać proinflacyjnej siły drugiego z wymienionych trendów.

Raport o inflacji NBP to nie jest wyrocznia. Niektórzy mają do tego dokumentu wiele zastrzeżeń. Na rynku jest jednak mało tak kompleksowych i spójnych opracowań na temat polskiej gospodarki, dlatego raport stanowi istotny punkt odniesienia dla innych analityków — nawet jeżeli się z nią nie zgadzają, mogą łatwo wskazać źródła swoich zastrzeżeń.

W najnowszej projekcji NBP przewiduje, że PKB przez najbliższe dziewięć kwartałów, czyli do początku 2025 r., będzie rósł znacznie wolniej od długookresowej średniej i wolniej od potencjału gospodarki. Na początku obecnego roku zaobserwujemy spadek PKB w ujęciu rok do roku, a później stopniowe ożywienie do poziomu około 2 proc. na przełomie lat 2023/24. Później ta umiarkowanie niska dynamika się utrzyma przez cały 2024 r., ponieważ będzie to okres wygaśnięcia finansowania z obecnej perspektywy budżetowej Unii Europejskiej i tym samym spadku inwestycji publicznych. Zanim nowe finansowanie przełoży się na nowe duże projekty, minie sporo czasu.

Słaby wzrost ma pociągnąć w dół inflację. Już pod koniec 2023 r. ma ona spaść do poniżej 8 proc., a na koniec 2024 do niecałych 4 proc. Przypomnijmy, że obecnie inflacja przekracza 17 proc. W modelu stosowanym przez NBP słaby popyt konsumpcyjny i inwestycyjny będzie ograniczał zdolność firm do podnoszenia cen.

Jednocześnie mimo dość słabej koniunktury stopa bezrobocia ma być relatywnie niska. Tu NBP ewidentnie zrewidował swoje podejście w porównaniu z poprzednimi projekcjami — z lipca i listopada zeszłego roku. Wtedy przewidywał, że stopa bezrobocia wzrośnie do 2024 r. o około 2 pkt proc. (wobec wyjściowego poziomu 3 proc.). Teraz ograniczył przewidywania do niecałych 1,5 pkt proc. wzrostu. To sprawiło, że wyższa niż w poprzednich projekcjach jest ścieżka dynamiki nominalnej płac. Ma ona wynosić niemal 11 proc. na koniec obecnego roku i niemal 8 proc. na koniec przyszłego. Przy wydajności pracy rosnącej w tempie około 3 proc. to wciąż istotna presja cenowa. Nie wchodząc w debatę, czy to inflacja podbija płace, czy płace podbijają inflację, można jedno i drugie traktować jako objaw tego samego zjawiska — szybkiego wzrostu cen w gospodarce (w końcu wynagrodzenie to też cena, cena pracy).

Jak to jest możliwe, że płace będą rosły wciąż szybko, a inflacja będzie spadała? Teoretycznie da się osiągnąć taki rezultat. Może to wynikać ze spadku cen surowców albo z redukcji marż przedsiębiorstw. Nie za bardzo jednak dostrzegam w raporcie NBP te zjawiska, więc wysokie płace i coraz niższa inflacja niezbyt moim zdaniem do siebie pasują.

Jeżeli jednak okaże się, że inflacja podąża ścieżką wyższą od tej z projekcji, Rada Polityki Pieniężnej podniesie stopy procentowe. Tak zapowiadał Adam Glapiński, jej prezes, który sam jest mocno przekonany do scenariusza hamowania cen. Zostawia sobie jednak najwyraźniej furtkę rezerwową.