Wielu producentów może upaść, bo rząd spóźnia się z wprowadzeniem norm UE na wyroby przemysłowe, a jednocześnie nie zabiega o okres przejściowy. Ministerstwo Gospodarki uspokaja.
Wszystko wskazuje na to, że negocjatorzy nie przewidzieli, że pod koniec rozmów z Unią powrócą jak zmora zadawnione sprawy. Jedną z nich jest problem krajowych norm (np. dotyczących wytrzymałości produktu). Opóźnienia w ich wycofywaniu oraz brak okresu przejściowego na przyjęcie unijnych regulacji dla zakładów produkujących do tej pory wyłącznie na rynek krajowy mogą poważnie przetrzebić małe i średnie przedsiębiorstwa. Zaniepokojeni negocjatorzy obudzili się niemal w ostatniej chwili i zlecili przygotowanie analizy zagrożeń dla poszczególnych sektorów. Jednak większość specjalistów twierdzi, że na wniosek o okres przejściowy jest już za późno.
Polska utrzymuje jeszcze ponad 200 norm, z których musi się wycofać do czasu wejścia do Unii. To oznacza, że każdy krajowy producent śrubki, gwoździa czy bardziej skomplikowanego sprzętu będzie musiał uzyskać nowy, unijny certyfikat. Ociągając się z wycofywaniem norm resort gospodarki tłumaczył, że daje małym i średnim producentom, którzy nie eksportują swoich wyrobów na rynek UE, trochę oddechu na przygotowania.
Krajowe normy były też pewnym hamulcem dla importu wielu unijnych produktów, które musiały im sprostać. Za opóźnienia w wycofywaniu Polska była karcona przez Brukselę.
— Zagrożenie w przypadku niektórych branż może być bardzo duże. Teraz widać, że zamknięcie rozdziału o swobodnym przepływie towarów bez wniosku o okres przejściowy dla małych zakładów produkujących na rynek krajowy nie było do końca przemyślane — twierdzi jeden z ekonomistów.
Resort gospodarki uspokaja.
— Od 1 stycznia 2003 r. normy w Polsce przestaną być obowiązkowe. Pół roku później chcemy przyjąć protokół PECA, który będzie właśnie owym okresem przejściowym. Wprowadzając dyrektywy nowego podejścia przerzuci on odpowiedzialność za produkt na producenta. Ten sam, albo przy pomocy jednostki certyfikującej oceni czy produkt spełnia wymogi określone w dyrektywie. Problemu nie należy demonizować, bo nowy system da większą swobodę przedsiębiorcom — mówi Mirosław Lewiński, dyrektor departamentu polityki przemysłowej resortu gospodarki.
Ekonomiści ostrzegają, że nowy system może być korupcjogenny.