Nepotyzm polityczny - stały element gry

Andrzej Maciejewski
opublikowano: 2006-03-22 00:00

Stałymi fragmentami gry komentatorzy sportowi zwykli określać takie wydarzenia na boisku, jak rzuty wolne lub rożne. Otóż w biznesie, ale też w polityce, czymś na kształt stałego fragmentu gry jest zjawisko obsadzania stanowisk kierowniczych w firmach. W biznesie z metod doboru kadr historycznie największe tradycje ma nepotyzm, jako że tzw. prywatna inicjatywa (jak dawniej określano ten podówczas niechciany w naszym nadwiślańskim kraju element) zawsze stała rodziną, a na więzach i zaufaniu rodzinnym zbudowano u nas niejedną porządną firmę.

Nepotyzm polityczny ma skromniejszy nieco dorobek, jeśli chodzi o przykłady dobrze funkcjonujących przedsięwzięć, jest natomiast zjawiskiem powszechnym i nieodłącznie związanym ze zmianą ekipy rządzącej. O ile jednak w biznesie trafność decyzji personalnych bo- leśnie weryfikuje rynek, o tyle w polityce rzecz nie wygląda już tak jednoznacznie. Najbardziej bodaj kontrowersyjne obszary „zetknięcia” obserwujemy w spółkach z udziałem skarbu państwa: podmiotach niby-rynkowych, a jakoś tak działających inaczej; niejednokrotnie mających status spółek giełdowych, a tak jakby nie do końca myślących przez pryzmat interesu akcjonariusza. Paradoksalnie, firmy te najczęściej wymagają głębokich działań naprawczych i przywództwa z prawdziwego zdarzenia, ale — będąc swoistą synekurą dla aktualnie rządzących — często pogrążone są w marazmie lub grzęzną w aferach stanowiących później wdzięczną pożywkę do śledztwa dla dziennikarzy, prokuratorów, a prędzej czy później także odpowiedniej komisji sejmowej. Wystarczy przypomnieć dziwne przypadki dwóch medyków zatrudnionych onegdaj do kierowania największym koncernem ubezpieczeniowym w tej części świata, żeby zrozumieć, do czego prowadzić może tak rozumiana polityka personalna.

Niestety, nie wydaje się, aby nauczki płynące z nieodległej wszak przeszłości były dziś drogowskazem lub przestrogą dla aktualnie rozgrywających stałe fragmenty gry polityków. Zapewne wołaniem na puszczy można będzie nazwać ten skromny głos w dyskusji na temat, na który powiedziano już niejedno. Niemniej przypomnieć wypada, że skutki nietrafnych nominacji i pseudokonkursów w niedalekiej przyszłości odbić się mogą na kondycji spółek, ich miejscu na rynku, zaprzepaszczonych szansach rozwoju i miejscach pracy, o których tworzeniu i ochronie tak chętnie prawią w swoich programach politycy wszelkiej maści. Pal sześć, kiedy rzecz dotyczyć będzie przykładowo przedsiębiorstwa mającego status monopolisty na rynku gier liczbowych, gorzej, gdy w grę może wchodzić przyszłość podmiotu konkurującego na globalnym, szybko zmieniającym się rynku, na którym bankructwa nie należą do rzadkości.

Na koniec uwaga związana z tematem stałych fragmentów gry, ale dotycząca innych boisk. Mam na myśli tematykę obsady stanowisk w radach nadzorczych, z definicji mających pełnić rolę nadzoru właścicielskiego i wymagających od sprawujących te funkcje zarówno daleko idących kompetencji merytorycznych, jak i konkretnych doświadczeń biznesowych. W dobie corporate governance epoki post-Enronowej wypadałoby przy obsadzie tych kluczowych dla zapewnienia przejrzystości i autentycznego nadzoru właścicielskiego stanowisk kierować się czymś więcej niż zagadnieniem „nasz ci on czy nie nasz, lojalny będzie czy też nie”. Goodnight and good luck.

Andrzej Maciejewski, szef Spencer Stuart w Polsce

Poglądy wyrażone w niniejszym felietonie to prywatne przekonania autora i nie powinny być traktowane jako stanowisko firmy Spencer Stuart.