Nicolas Sarkozy: Pod prąd, po zwycięstwo

Adam Sofuł
opublikowano: 29-06-2007, 00:00

Pogrążona w marazmie Francja miała dość coraz bardziej pusto brzmiących zapewnień o swej mocarstwowości. To już nie czasy Francoisa Mitterranda, gdy wyborczy sukces zapewniało hasło „siła spokoju”. Teraz pod sztandarami przełomu zwycięża Nicolas Sarkozy.

Ten potomek imigrantów, węgierski Żyd podjął się zadania przywrócenia ojczyźnie nadwątlonej dumy narodowej. „Francja dała mi wszystko. Odpłacę jej tym samym” — mówi. Ma szanse. Właśnie wygrał wybory prezydenckie i poprowadził swoją partię do zwycięstwa w wyborach parlamentarnych. Ma władzę, by uczynić Francję potęgą. Ale czy ma na to pomysł?

Aby zrealizować plan, Sarkozy musiał powiedzieć rodakom parę niepopularnych prawd. To, że polityka imigracyjna poniosła klęskę, i to, że jeśli Francuzi chcą się bogacić, muszą więcej pracować. Ba, poważył się na coś, na co żaden polityk nie śmiał podnieść ręki — na 35-godzinny tydzień pracy!

Sarko — bo tak jest nazywany — uważa także, że nie ma co boczyć się na Stany Zjednoczone, a globalizacja może być dla kraju nad Sekwaną korzystna, nie musi zwiastować kulturowej i ekonomicznej katastrofy. I wyborcy, którzy wcześniej nie „słyszeli” takich haseł, uwierzyli. Może dlatego, że życiorys kandydata był dowodem, iż niemożliwe staje się możliwe.

Nicolas Sarkozy nie boi się starcia ani z politycznymi wrogami, ani z przyjaciółmi. Często w polityce przedkładał skuteczność nad lojalność (jak na początku lat 80., gdy wygrał wybory na mera paryskiej dzielnicy Neuilly kosztem pierwszego politycznego patrona Charlesa Pasqua). Kilkanaście lat później zwrócił się przeciw innemu — Jacquesowi Chiracowi, popierając w wyborach prezydenckich jego rywala Eduarda Balladoura. W obu przypadkach jego kariera wisiała na włosku, w obu powrócił do politycznej I ligi silniejszy niż niegdyś.

A odwaga? Dał jej dowód już w latach 90., gdy osobiście podjął negocjacje z szaleńcem, gdy ten groził, że wysadzi w powietrze szkołę pełną dzieci. Odwagi wymagało także określenie tłumu imigrantów palących samochody w Paryżu gorącej jesieni 2005 roku mianem „hołoty”. Była to konsekwencja jego przekonań: Francja jest gościnna, ale nie chce tych, którzy osiedlają się tu, nie respektując jej praw, moralności, tradycji. I to przy każdej sposobności podkreśla Sarkozy.

Nowy prezydent Francji — niewątpliwie self-made man — nigdy nie liczył na innych i musiał walczyć o swoją pozycję. Zawsze czuł się trochę gorszy od rówieśników: był niższy, nieco uboższy (choć biedy nie cierpiał), pochodził z rozbitej rodziny i wreszcie — jako imigrant był „nie do końca Francuzem”. Czuł potrzebę udowodnienia, że nie jest gorszy, co wkrótce przerodziło się w udowadnianie, że jest lepszy. Najlepszy.

Zwolennicy widzą w Sarkozym nadzieję na przywrócenie Francji statusu mocarstwa i pierwszoligowego światowego gracza; przeciwnicy postrzegają go jako niebezpiecznego populistę, ksenofoba, ocierającego się wręcz o faszyzm. I jedni, i drudzy przyznają jednak, że Nicolas Sarkozy to twardy gracz, a jednocześnie wulkan energii. Większość Francuzów dało w wyborach wyraz nadziei, że tchnie tę energię także we Francję. A może i w Europę.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Adam Sofuł

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu