Niczego nie poświęcam

Danuta Hernik
26-03-2010, 00:00

Kiedy zrobi się coś, co wzbudzi nadzieję w ludziach, zaciąga się zobowiązania i już nie można przestać tego robić. Tak twierdzi Janina Ochojska i tak potoczyło się jej życie. To ją cieszy.

 

foto: Jan Kowal
Zobacz więcej

foto: Jan Kowal

"Business Class": Dlaczego wybrała pani takie życie?

Janina Ochojska*: Miałam zamiar wysłać tylko jeden konwój do Sarajewa. Myślałam, że wrócę do kraju, do pracowni astrofizyki PAN — jestem z wykształcenia astronomem i z tym wiązałam przyszłość. Do Sarajewa pojechałam z francuskim konwojem w październiku 1992 r. właściwie z ciekawości. Chciałam zobaczyć, jak wygląda udzielanie pomocy, co się dzieje z ludźmi w obozach dla uchodźców. Zobaczyłam skutki wojny — ludzi pozbawionych wszystkiego, ściśniętych w budynkach, które miały jakiś dach, ludzi, których domem stał się materac w sali gimnastycznej i którzy nie mieli już nadziei na normalne życie — i nie mogłam spokojnie wrócić do swego obserwatorium. Obudziło się we mnie poczucie zobowiązania, nie tylko w imieniu mojego kraju, który wcześniej dostawał pomoc, ale i własnym — jestem niepełnosprawna od dzieciństwa i otrzymałam wiele pomocy od innych. Powiem żartobliwie, że przestrzegam tych, którzy chcą zrobić coś dobrego: robiąc to raz, zaciąga się zobowiązania, które człowiek wrażliwy potem usiłuje spełnić. Będąc w Sarajewie w grudniu 1992 r. z pierwszym polskim konwojem, wzbudziłam nadzieję w ludziach — tych, którzy potrzebowali pomocy, i tych w Polsce, którzy chcieli pomagać. Kiedy drugi konwój wyjeżdżał z Sarajewa, został zaatakowany przez snajperów. Zginęła Francuzka, dwóch kierowców zostało rannych — musieliśmy zdecydować, co robimy dalej. Czy strzały snajperów mogą przerwać pomoc humanitarną. Nie mogą. To przypieczętowało naszą przyszłość.

I powstała Polska Akcja Humanitarna…

I były następne kraje, następne wojny... Potem kolejne katastrofy. Teraz nie wysyłamy konwojów, działamy przez misje. Tak było w Czeczenii, Iranie, tak będzie na Haiti... Chcemy się skupić na odbudowie edukacji, pomocy sanitarnej dla szpitali, może na pomocy dla któregoś obozu dla uchodźców, jeśli będzie taka potrzeba. W każdym kraju odbudowa wygląda inaczej — to zależy od władz, zezwoleń. Czasem, żeby ruszyć, trzeba czekać rok — tak było na Sri Lance z odbudową szkół, a czasem organizacje humanitarne są wyrzucane — jak w Darfurze, kiedy Trybunał Haski oskarżył prezydenta Bashira o ludobójstwo, ten po prostu wyrzucił organizacje, które zajmowały się pomocą.

Ta praca uzależnia?

Wciąga. Im więcej człowiek daje, tym więcej ma do dania i tym więcej też dostaje. Jest w Polsce wielu ludzi, którzy choć nie mogą pojechać w konwoju, mogą i chcą dać pieniądze, dary dla najbiedniejszych krajów.

Jeździ pani wszędzie, gdzie pomagacie?

Staram się być tam, gdzie Polska Akcja Humanitarna niesie pomoc — zawsze byłam naocznym świadkiem tragedii ludzi w kraju, w którym pomagamy. To dodaje wiarygodności naszym działaniom, zresztą uważam, że zwłaszcza w krajach, w których toczą się wojny, mam obowiązek być. Nie mogę wysyłać ludzi, a sama siedzieć w biurze. A poza wszystkim — to daje wiedzę o sytuacji, potrzebach, możliwościach.

Pomaganie jest drogą do szczęścia?

Przede wszystkim jest funkcją wrażliwości i wiedzy. Bo trzeba mieć pewną wiedzę, żeby pomagać skutecznie, żeby to służyło rozwojowi i podtrzymaniu ludzkiej godności, a nie było upokarzającą jałmużną. Ale niewątpliwie jest też jakąś formą samorealizacji — coś robię dla drugiego człowieka, interesuję się tym, co się dzieje w świecie. Od naszego zaangażowania zależy to, co będzie się działo w najbiedniejszym kraju na drugim końcu świata. Przecież w jakiś przewrotny sposób skutki naszego sposobu życia odczuwane są właśnie tam: przez zanieczyszczenie środowiska, susze, katastrofy naturalne, pracę dzieci. Mamy obowiązek pomagać tym ludziom, dawać im narzędzia do przeżycia, np. studnie, które budujemy w południowym Sudanie.

Jaką wiedzę ma pani na myśli?

Pomoc ofiarom katastrof nie zawsze jest mądra. Zwłaszcza kiedy jest udzielana przez niedoświadczonych ludzi, którzy mają dobre serca, chcą zrobić coś dobrego i wydaje im się, że to wystarczy, żeby pomoc była efektywna i przyniosła oczekiwany rezultat. Tymczasem ktoś, kto nie był na miejscu katastrofy, nie potrafi sobie nawet wyobrazić, jakie naprawdę są potrzeby. Na przykład teraz na Haiti, a wcześniej na Sri Lankę, wożono butelkowaną wodę. Transport jest bardzo drogi, bo woda jest ciężka. Na Sri Lance ta woda została w Kolombo — widziałam ją jeszcze rok, półtora po tsunami. Dlaczego? Bo trzeba ją potem rozwieźć i to do odległych miejscowości, jeśli miałaby dotrzeć do ofiar tsunami, które miały zasolone studnie. Drogi na Sri Lance są bardzo kiepskie, a kto ma zapłacić za ciężarówki? Organizacje takie jak nasza były na wschodnim wybrzeżu, czyli na przeciwnym niż Kolombo, bo tam były największe straty i potrzeby. Kilka dni po tsunami założyliśmy dwa filtry na lagunie, oczyszczaliśmy wodę i dostarczaliśmy bezpośrednio do obozów dla uchodźców. Koszt był niewielki, a efektywność działania znacznie większa. Zresztą pamiętam, jak do powodzian w Polsce docierały ciężarówki z całego kraju wyładowane przez ludzi dobrej woli. Ale to wszystko było pomieszane: ubrania z jedzeniem, w foliowych workach, które się rwały… Potem trudno to było rozdzielać. To powodowało konflikty. Widziałam sterty ubrań na poboczach dróg, a ludzie nie mieli szaf, do których mogliby je włożyć. Najbardziej zresztą potrzebowali łopat, gumiaków, wiader, misek. Musimy się uczyć mądrej pomocy. I lepiej polegać na organizacjach, które mają doświadczenie, i włączyć się w ich akcje, niż robić to samemu. A jeśli już samemu, to najpierw dowiedzieć się, czego naprawdę potrzeba.

Co jest najważniejsze dla Janki Ochojskiej?

Odpowiedzialność. Wiele zła powoduje myślenie tylko o sobie. Człowiek to istota społeczna. I kiedy ktoś myśli tylko o sobie, to ktoś inny musi za to zapłacić. A przecież każdy ma coś do dania, nawet istota najbiedniejsza. Ci, którzy mają talent pomnażania majątku, są nawet bardziej zobowiązani do pomagania. I coraz więcej polskich biznesmenów zaczyna to rozumieć. Polacy nie mają szczególnego zaufania do organizacji społecznych, może z powodu przeszłości komunistycznej, kiedy takie organizacje źle się kojarzyły, może z powodu niewiedzy o tym, czym te organizacje są. Ale powoli to się zmienia. Choć my, Polacy, świetnie się sprawdzamy w akcjach, to namówić kogoś do stałego wspierania jest o wiele trudniej.

Jak się żyje w Krakowie, Warszawie, a trochę w Sudanie?

Mieszkam w Krakowie, pracuję w Warszawie, tydzień spędzam tu, weekend tam. Jeżdżę pociągiem. Lubię takie życie, spotykam wielu ludzi. Będąc np. w Sudanie i widząc radość z powodu nowej studni, czuję, że robię coś sensownego. Kraków mnie uspokaja, pozwala odpocząć. Wracam do mieszkania, książek, płyt, przyjaciół, których mam wielu. Obawiam się, że gdybym mieszkała w Warszawie, to pracowałabym przez siedem dni w tygodniu. A w pracy siedzę do godziny 22. Ale — żebyśmy się dobrze rozumiały — ja się nie poświęcam, robię to, co lubię. Dawno nie byłam w teatrze, choć kiedyś chodziłam bardzo często. Ale to sprawa wyboru. Gdyby mi bardzo zależało, tobym poszła. Niczego nie poświęcam. To jest to, co daje mi energię życiową. Jak już sobie powiedziałyśmy — to sposób na życie.

Ludzie, którzy niosą pomoc, są charyzmatyczni. Anna Dymna, Arkadiusz Nowak, Jerzy Owsiak, wcześniej Marek Kotański i jeszcze kilka osób... Jak pani znosi ten ciężar?

Dla mnie to przede wszystkim bardzo silne poczucie odpowiedzialności. Mam przeświadczenie, że ludzie oczekują ode mnie pewnych zachowań. Kiedy było trzęsienie ziemi na Haiti, było oczywiste, że nasza organizacja tym się zajmie. Cieszy mnie to, bo chciałabym być tym kimś, kto pomoże jednym ludziom pomóc innym ludziom. To powód do ogromnej satysfakcji. Ale jest też poczucie takiej codziennej, powszedniej odpowiedzialności, np. nie wyobrażam sobie, żebym mogła pójść do jakiejś knajpy, upić się czy zrobić coś w tym rodzaju. To byłoby niegodne postawy, którą reprezentuję. Moim obowiązkiem jest pilnowanie czystości, uczciwości, przejrzystości. Jestem pewnym wzorem dla wielu młodych ludzi. Co by się stało, gdyby się okazało, że Ochojska np. macza palce w brudnych interesach? Coś by się dla nich zawaliło. Nie jestem ideałem, ale na pewne rzeczy nie mogę sobie pozwolić — nie wolno mi się angażować w niektóre działania, biznesy, muszę odmówić udziału w reklamach. Czysty życiorys, czyste ręce — to muszę mieć. A jedyne, co mogę mieć, to ludzkie zaufanie. Jak to stracę, to stracę Polską Akcję Humanitarną i stracą wszyscy ci, którym pomagamy.

*Pierwszy konwój do Jugosławii zorganizowany przez Janinę Ochojską, złożony z 12 ciężarówek, wyjechał do Sarajewa w grudniu 1992 r. W 1994 r. założyła Fundację Polska Akcja Humanitarna. Zakończone misje: w Czeczenii, Kosowie, Iraku, Libanie, Sri Lance, Iranie. Obecne: w Afganistanie, Palestynie, Sudanie. Projekty w Darfurze. Pomoc uchodźcom w Polsce i repatriantom. Akcja Pajacyk. Kampania wodna. Edukacja i inne. W lutym otrzymała nagrodę „Europejczyk Roku 2009” w kategorii społecznik.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Danuta Hernik

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Niczego nie poświęcam