Nie każdy sprawny trybun przechodzi do historii

Wiktor Krzyżanowski
opublikowano: 2002-11-22 00:00

Początek panowania Grzegorza Kołodki w gmachu Ministerstwa Finansów przypadł w trudnym momencie. Z rządu odszedł Marek Belka, który miał być nadzieją na jakościową zmianę w pracy ministra finansów — popierany przez prezydenta, wykształcony i rozważny. Marek Belka jednak nie wytrzymał — nie mogąc realizować swojej polityki sanacji finansów publicznych, zaproponował budżet pod dyktando polityków, i zgasił światło.

I tu pojawił się — wyciągnięty przez premiera z polityczno-gospodarczego niebytu — Grzegorz Kołodko. Długowłosy, trochę wystraszony, ale zwarty i gotowy. Wizyta u fryzjera, dwa tygodnie pracy w ciszy gabinetu i oto mamy ministra finansów, który stara się podnieść Polaków na duchu, a gospodarkę ze stagnacji.

Zrewidowany przez ministra Kołodkę budżet spełnił oczekiwania medialne — deficyt spadł poniżej 40 mld zł. Przy okazji minister zaczął uprawiać ewangelizację sukcesu. Zaroiło się także od bezprecedensowych aktów prawnych — oddłużania małych i dużych, abolicji podatkowej, deklaracji majątkowych, zwiększania uprawnień skarbówki. Także styl sprawowania urzędu przez Grzegorza Kołodkę odbiega od zwyczajów. Minister występuje tylko w mediach publicznych, „Trybunie” i „Financial Times”. Na konferencjach prasowych pojawiły się rekwizyty — marchewki, szczęki, nożyczki, afisze i butelki z podejrzaną zawartością. Z kolei biuro prasowe resortu, miast informować, prostuje — co tylko się da i gdzie tylko się da.

Tak zwani analitycy podkreślali, że medialna strategia Kołodki jest słuszna — stara się tchnąć wiarę w społeczeństwo, w biznesmenów. I trudno się z tym nie zgodzić. Problem w tym, że propagandzie sukcesu nie towarzyszą działania, zmierzające do tego, czego polska gospodarka potrzebuje najbardziej — reformy i sanacji finansów publicznych. Co prawda, minister finansów obiecuje, że od 2003 r. weźmie się za sztywne wydatki budżetu. Jednak obiecujących było już wielu.

Tymczasem, z niecierpiącym sprzeciwu wyrazem twarzy, minister szuka metod szybkiego łatania dziury budżetowej. Oficjalnie, działania resortu zmierzać mają do likwidowania szarej strefy. I może tak by było, gdyby Grzegorz Kołodko zrozumiał, w czym tkwi problem. A problem tkwi właśnie w tym, czego minister na razie się boi — reformie budżetu. Polska szara strefa bierze się stąd, że państwo z roku na rok wysysa coraz więcej pieniędzy, by przeznaczyć je na politycznie wrażliwe grupy społeczne. Dlatego ludzie i firmy uciekają od podatków. Dopóki więc nie zreformuje się finansów publicznych, dopóty propaganda sukcesu będzie jedynie propagandą, a ministrowi pozostanie robienie dobrej miny do złej gry i powtarzanie, że przyjdzie czas rozprawić się ze szkodnikami — czyli wszystkimi, którzy ośmielają się krytykować czy podawać w wątpliwość jego geniusz.

Prawdziwych problemów tego kraju nie rozwiąże się przygotowanymi na kolanie aktami prawnymi, które będą niezgodne z Konstytucją. Warto o tym pamiętać, zwłaszcza gdy jest się ministrem finansów.