Nie pora na fanfary

Bartosz Krzyżaniak
opublikowano: 2006-08-16 00:00

Miną długie lata, zanim bezrobocie spadnie u nas do poziomu w innych europejskich krajach. O ile w ogóle to nastąpi.

Bezrobocie spada, jednak nie ma szans, by szybko osiągnęło poziom 10-procentowy. Najwcześniej stanie się to w 2010 roku — przewidują ekonomiści. Choć i to nie jest pewne. Aby dogonić Europę, gdzie bezrobocie wynosi średnio około 7-8 procent, możemy poczekać znacznie dłużej.

Tylko bez euforii

Z szacunków Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej wynika, że na koniec roku stopa bezrobocia obniży się do 15,2 proc.

— Nie ma się co oszukiwać. To wciąż bardzo wysoki wskaźnik — uważa Urban Górski, ekonomista Banku Millennium.

Zdaniem Katarzyny Zajdel-Kurowskiej, ekonomistki Banku Handlowego, tego poziomu nie osiągniemy nawet pod koniec 2007 roku.

— Dopiero z końcem 2008 roku wyniesie 14,3 proc., rok później spadnie do 13,5 proc. — przewiduje ekonomistka.

Dlaczego, mimo szybkiego wzrostu gospodarczego, w klasyfikacji bezrobocia pozostajemy i — jeśli wierzyć ekonomistom — jeszcze długo pozostaniemy nie tylko europejskim liderem? Powodów jest kilka.

— Mamy bardzo wysoki poziom bezrobocia strukturalnego, co oznacza, że wiele osób ma niedostateczne kwalifikacje do obecnych potrzeb rynku pracy. Mamy też bardzo wysokie pozapłacowe koszty pracy i dopóki to się nie zmieni, nie ma co liczyć, że małe firmy będą chętniej zatrudniały. Problemem jest również mała mobilność poszukujących pracy Polaków — wylicza Michał Chyczewski, ekonomista Banku BPH.

Dlatego, mimo że na przykład we Wrocławiu praca jest, a w Suwałkach jej nie ma, bezrobotni suwalszczanie nie kwapią się, by wyjechać do pracy na Dolny Śląsk. Z tym wiąże się kolejna bariera.

— Kuleje infrastruktura drogowa i budownictwo. Najwięcej miejsc pracy powstaje w dużych ośrodkach miejskich, jednak brak na przykład rozwiniętych sieci kolejowych wokół nich nie pozwala na dojazd do pracy. Jeśli chce się zatem znaleźć tam zatrudnienie, trzeba pomyśleć o osiedleniu się w metropolii — tłumaczy Łukasz Tarnawa, główny ekonomista PKO BP.

Ale i to nie jest łatwe. Szczególnie dla osób z prowincji, bez pieniędzy i w sytuacji, gdy brak podaży na rynku budowlanym winduje ceny nieruchomości.

— Mamy do czynienia z jeszcze jedną niesprzyjającą tendencją. Osoby długo nie mogące znaleźć pracy wpadają w patologię, tracą zdolność powrotu na rynek pracy. I wegetują albo pozostają na garnuszku opieki społecznej — zauważa ekonomista PKO BP.

Trzeba aktywizować

Zdaniem Michała Chyczewskiego, duży wpływ na taką sytuację ma polityka społeczna.

— Ona zniechęca do podjęcia pracy. Często bezrobotny zamiast jej szukać, wybiera życie na koszt państwa i pracujących. A system jest dziurawy — uważa ekonomista BPH.

Według niego to właśnie jeden z najniższych wskaźników aktywizacji zawodowej w Polsce, to, że zmniejsza się proporcja ludzi pracujących względem niepracujących, jest problemem numer jeden. Nie samo bezrobocie.

— Dlatego bez odpowiedniej polityki, bez reformy rynku pracy, bez wprowadzenia instrumentów aktywizacyjnych szansa na to, że osobom niewykwalifikowanym, zwłaszcza z małych miejscowości, łatwiej będzie o pracę, jest niewielka. Przy obecnej polityce osiągnięcie np. 6-procentowej stopy bezrobocia nie uda się chyba nigdy — uważa Michał Chyczewski.

Możesz zainteresować się również: