NIE STAĆ NAS JESZCZE NA DOBRY TALK SHOW
Typ medialny: Najlepsi dziennikarze są z reguły skromni. Na przykład Ryszard Kapuściński — nie wyobrażam sobie, żeby biegał przed kamerą po scenie i dyskutował ze swoimi gośćmi na drażliwe tematy. Do tego, by taki program wypadł rzeczywiście dobrze, trzeba mieć kompetencje Ryszarda Kapuścińskiego i temperament Kayah. Na razie nikogo takiego w Polsce nie ma.
Jacek Żakowski twierdzi, że żadna z polskich stacji telewizyjnych nie wyprodukowała jeszcze profesjonalnego programu mającego formułę amerykańskiego talk show. Według niego, wciąż brakuje przede wszystkim pieniędzy i ludzi, którzy byliby w stanie odpowiednio poprowadzić taką audycję. Razem z Piotrem Najsztubem skończył działalność pod szyldem Tok-szok. Podobno byli już nią znudzeni. Dlatego postanowili poszukać nowej niszy mediowej. Teraz eksperymentują w rozgłośni radiowej RMF FM. Ale, jak deklaruje Jacek Żakowski, nie zrezygnowali z produkcji telewizyjnej i jeszcze zobaczymy ich w akcji.
„Puls Biznesu”: Od jakiegoś czasu w ramówce Polsatu nie pojawia się już Tok-szok. Jaką treść zawiera kartka zawieszona na drzwiach prowadzących do tego programu: „zaraz wracam”, „zamknięte” czy „zmieniliśmy siedzibę”?
Jacek Żakowski: Tok-szok na pewno jest ewidentnie zamknięty. Z tego typu programami telewizyjnymi tak już u nas na ogół jest, że po kilku latach się zużywają. To nie jest Ameryka, gdzie cokolwiek by się nie działo, taka fabryka będzie funkcjonowała. Program zużył się choćby w tym sensie, że nam się trochę znudził.
— A może koniec programu Jacka Żakowskiego i Piotra Najsztuba wynika ze zmęczenia ciągłymi kompromisami między prowadzącymi i decydentami stacji telewizyjnej?
— Do takich kompromisów nigdy nie dochodziło. Ten program z założenia miał wywoływać kontrowersje. Dla nas największym sukcesem były sytuacje, kiedy widzowie kłócili się ze sobą, rozmawiając na temat Tok-szoku. Chodziło o to, żeby ludzie zaczęli myśleć i dyskutować na konkretne tematy. Natomiast Polsat nie był tym zainteresowany. Byliśmy ludźmi szukającymi kłopotów — taka była formuła programu. Tymczasem Zygmunt Solorz ich nie szuka. Szuka czego innego. Między nami i Polsatem istniało napięcie, którego nikt nigdy nie werbalizował. Ale ono wciąż wisiało w powietrzu i w pewnym momencie musiało pęknąć. To się zbiegło z naszym zmęczeniem tą formułą talk show. Poza tym wyznaję zasadę, że ciągle należy szukać nowych nisz, robić coś, czego inni jeszcze nie robią. Wytworzyliśmy format telewizyjnego show, w którym prowadzone były rozmowy na dość poważne tematy. Dzisiaj wiele osób w różnych stacjach robi mniej więcej to samo. Nie ma już sensu siedzieć w takiej niszy, lepiej poszukać jakiejś innej.
— Znaleźliście już coś takiego?
— Na razie mamy taką dziwną niszę w rozgłośni RMF-FM. Ale nie jestem jeszcze pewien, czy jest to właśnie to, czego szukamy.
— Czy to znaczy, że odejdziecie od produkcji telewizyjnych?
— Nie, myślę, że nie. Przede wszystkim szukamy nowego, innego języka komunikacji z opinią publiczną. Radio jest dobrym miejscem do takich eksperymentów.
— Szukacie języka komercyjnego czy ideowego?
— Nie uznaję takiej dychotomii. W telewizji na dłuższą metę, komercyjne, czyli zyskowne, są tylko programy ciekawe. Innych nikt nie ogląda. A jeśli nie ma widowni, to nie ma też reklam, z których TV żyje. Z drugiej strony, nie jest komercyjne coś, co się robi wyłącznie dla pieniędzy. Ludzie natychmiast taką nieszczerość wyczuwają i na ogół przestają takie programy zauważać.
— Przez długi czas Tok-szok emitowany był w TVP 2. Czy zamierza Pan jeszcze kiedykolwiek współpracować z telewizją publiczną?
— Oczywiście, bardzo bym chciał robić program w telewizji publicznej. TVP jest w naszym kraju bardzo ważnym nośnikiem informacji. Nawet jeżeli trudno jest się porozumieć z szefami TVP, to nie można się przecież obrażać na rzeczywistość.
— Czym, oprócz formy własności, różnią się od siebie Polsat i Telewizja Polska?
— TVP to fantastyczna, ogromna machina produkcyjna. Można mieć zastrzeżenia do zasad jej funkcjonowania, ale jest ona niezwykle bogata i wyposażona w dobry sprzęt. Podstawową wadą tej organizacji jest zaawansowana biurokracja. Żeby cokolwiek tam zrobić, potrzeba mnóstwa pisemek, dokumentów itp. No i niestety czynnik polityczny, który czasami przeszkadzał w pracy. Tego w Polsacie w ogóle nie było.
— A czy w telewizji komercyjnej nie było więcej rozmów o pieniądzach?
— Nie, wręcz przeciwnie. Oczywiście na wstępie odbyliśmy negocjacje dotyczące budżetu. Potem wszystko działało jednak automatycznie, zgodnie z umową. Nawet decyzja o rozstaniu zapadła bardzo mechanicznie.
— Zatem, realizując swoje programy w Polsacie mieliście dużo większy komfort finansowy...
— To prawda. W ramach budżetu mogliśmy robić, co chcieliśmy. Jego wysokość była ustalona w umowie i to od nas zależało, na co wydamy pieniądze. Jeżeli któryś z programów wymagał większych nakładów, wystarczyło przez parę programów oszczędzać i już. Tego w TVP nie mogliśmy robić. Z drugiej strony, rozumiem, że telewizji publicznej trudno jest tak działać, bo obraca pieniędzmi publicznymi. Jest kontrolowana przez NIK i rozlicza się ze swoich wydatków trochę inaczej od stacji komercyjnych.
— Czy uważa Pan, że w Polsce produkuje się dzisiaj profesjonalne talk show w amerykańskim stylu?
— Nie, bo to wymaga bardzo dużych pieniędzy. 70-80 proc. wydatków w tego typu programach pochłaniają w Polsce koszty techniczne. To znaczy, że na wydatki redakcyjne zostaje stosunkowo niewiele pieniędzy. Honoraria gwiazd i prowadzących jak na polskie warunki nie są zbyt wysokie. Przede wszystkim brakuje jednak pieniędzy na personel wspomagający. Taki program jak Tok-szok powinien mieć redakcję wielkości przeciętnego tygodnika, zatrudniającą około 50 dziennikarzy. Wtedy jest w stanie wygenerować i udokumentować tematy na wysokim poziome. Niestety w naszym kraju, maksymalny standard to kilka osób merytorycznego personelu.
— Jaki był budżet Tok-szoku?
— Na jeden program przypadało średnio 50-100 tys. zł.
— Skoro większość tej kwoty pochłaniały koszty techniczne, to może chociaż od tej strony wasz program prezentował światowy poziom?
— W telewizji publicznej rzeczywiście tak było. W Polsacie to jednak wciąż bardzo prosta produkcja, odbiegająca nieco od tych standardów.
— Wspomniał Pan o gażach wypłacanych waszym gościom. Ile one wynosiły?
— Często był to układ obustronnego interesu. Ktoś na przykład wydawał płytę i zależało mu na promocji w mediach. Czasami zawieraliśmy z zaproszonymi umowy barterowe. W zamian za uczestnictwo w Tok-szoku, braliśmy udział w programie prowadzonym przez naszych uprzednich gości. Z pozostałymi bywało bardzo różnie. Zwykle wysokość takiej stawki jest przedmiotem negocjacji. W Polsce goście talk-show dostają od 200 do 5 tys. zł. Ale wielu z nich w ogóle nie domaga się wynagrodzenia.
— Kiedy proponuje się pieniądze zaproszonej osobie?
— Tego nie da się jednoznacznie określić. To zależy od wielu czynników. Osoby, które biorą pieniądze za uczestnictwo w programach telewizyjnych, często po prostu same się o nie upominają. Wśród nich znajduje się spora grupa ludzi, na co dzień nie związanych telewizją, dla których takie dodatkowe dochody stanowią sporą część budżetu domowego. Są tacy, którzy biorąc udział w różnych programach, dorabiają sobie po kilka tys. zł miesięcznie.
— Jacy ludzie powinni prowadzić takie programy?
— Muszą to być osoby z merytorycznym przygotowaniem i odpowiednimi kompetencjami. Mam na myśli dziennikarzy intelektualistów, posiadających umiejętności aktorskie. Ci ludzie powinni mieć poczucie dramaturgii, wiedzieć, jak talk show skonstruować. Takie osobowości to bardzo rzadkie zjawiska. Poza tym najlepsi dziennikarze są z reguły skromni. Na przykład Ryszard Kapuściński — nie wyobrażam sobie, żeby biegał przed kamerą po scenie i dyskutował ze swoimi gośćmi na drażliwe tematy. Do tego, by taki program wypadł rzeczywiście dobrze, trzeba mieć kompetencje Ryszarda Kapuścińskiego i temperament Kayah. Na razie nikogo takiego w Polsce nie ma.
— A gdyby Ryszard Kapuściński zgodził się na prowadzenie talk show?
— Proszę mi wierzyć, wiele razy go do tego namawiałem. Bez skutku.
— Być może za małe pieniądze wchodziły w grę?
— Myślę, że to nie jest kwestia pieniędzy, lecz kultury.
"Byliśmy ludźmi szukającymi problemów — taka była formuła programu. Tymczasem Zygmunt Solorz nie szuka kłopotów. Szuka czego innego. Pomiędzy nami i Polsatem istniało napięcie, którego nikt nigdy nie werbalizował. Ale ono wciąż wisiało w powietrzu i w pewnym momencie musiało pęknąć. To się zbiegło z naszym zmęczeniem tą formułą talk show. Poza tym wyznaję zasadę, że ciągle należy szukać nowych nisz, robić coś, czego inni jeszcze nie robią. Wytworzyliśmy format telewizyjnego show, w którym prowadzone były rozmowy na dość poważne tematy. Dzisiaj wiele osób w różnych stacjach robi mniej więcej to samo. Nie ma już sensu siedzieć w takiej niszy, lepiej poszukać jakiejś innej”.