Nie trwajmy w epoce Misia!

Robert Korzeniowski
26-09-2008, 00:00

Tam, gdzie zarządza się groszem publicznym, budują się królestwa wiecznych prezesów. I są kłopoty z zarządzaniem dotacjami. Bo każdą można roztrwonić, a potem znaleźć tysiące powodów dla wytłumaczenia braku medali.

Tradycyjnie po igrzyskach olimpijskich pilnie szuka się pomysłów na naprawę polskiego sportu. Bo uwielbiamy akcje. Zaczynają się mniej więcej rok przed kolejną olimpiadą — tworzymy sztaby, chwalimy się sponsoringiem, kibicujemy. Od kilkunastu lat obserwuję siłę polskiego sportu i — mimo tych mobilizacji — mam problem ze znalezieniem jakiejś linii, która byłaby chociażby pozioma.

Większość dyscyplin pogarsza wyniki. Statystyki wyglądają coraz smutniej. "Obrażamy się", że nagle pojawia się ktoś nieznany, z małego kraju, i zdobywa medale. Bardzo rzadko zastanawiamy się, skąd on się wziął, w jakiej szkole się uczył, kto go trenował i czy jego wyniki są owocem jakiegoś systemu. O tym mówić najtrudniej.

Nie zauważyłem, by w Polsce istniał system budowania kadr w ujęciu dłuższym niż od cyklu kwalifikacyjnego do głównej imprezy. A jeśli nadal nasz sport będzie się opierał na krótkotrwałych planach — a do takich należy plan olimpijski — to będziemy nacją narażoną na rozczarowania. Staniemy się specjalistami od sukcesów pojmowanych inaczej niż na całym świecie. Już pojawiają się głosy, że w Pekinie odnieśliśmy sukces. Nie jest ważne, że niewielu zawodników zakwalifikowało się do finałów. Ważne, że zdobyte medale były z lepszego kruszcu niż te w Atenach. Tymczasem np. w pływaniu mamy kryzys. Nie potrafiliśmy nawet przeanalizować własnych sukcesów i świat nam po prostu "odjechał".

Są kraje większe i bogatsze, które — ze względu na ten potencjał — zawsze będą mieć bardziej imponujące wyniki. Ale dwumilionowa Słowenia zdobyła w Pekinie pięć medali. To daje do myślenia! Jeśli zadowala nas 20. miejsce w klasyfikacji medalowej i pozycja europejskiego średniaka, to rzeczywiście wszystko w porządku. Tylko niepotrzebnie rozbudzamy w sobie wielkie ambicje tuż przed imprezą. Jeśli jednak chcemy osiągnąć coś więcej, musimy się zastanowić nad metodami dojścia do sukcesów. Sztaby szkoleniowe muszą działać nie z myślą o najbliższej imprezie, ale tej, której miejsce jeszcze nie zostało wybrane. W przeciwnym razie będziemy skazani na przypadkowe sukcesy — tylko dlatego że jakiś utalentowany zawodnik przez przypadek trafi na dobrego trenera.

Często się mówi, że polskiemu sportowi brakuje pieniędzy. To tylko część prawdy. Owszem, w liczbach bezwzględnych — jeśli porównamy sport brytyjski do polskiego — to będą dwa różne światy. Zacznijmy jednak od dobrego zarządzania tym, co mamy. Po cóż szkolić szerokie kadry 30-latków? Po co wyrzucać pieniądze, by ludzie w tym wieku jechali na igrzyska zajmować miejsca w trzeciej dziesiątce? Pomyślmy o sportowcach u progu kariery. Inaczej wielu z nich skończy starty w wieku 21 lat, czyli w polskich warunkach — typowo. Bo będą szukali grosza, by przeżyć. Jedni pójdą na studia, inni zaczną rozwozić pizzę. Dawniej minimum olimpijskie gwarantowało przynajmniej pewne minimum socjalne. Podkreślam, minimum! Dziś takiej prostej zależności nie ma. Dlatego Rafał Fedaczyński — ósmy zawodnik w chodzie na 50 km podczas ostatnich igrzysk — musiał przed startem pracować w brytyjskiej fabryce słodyczy. Ale nie szukajmy pięknych historii, by potem sobie udowadniać, że bez systemu też dajemy radę... Zaczynałem w trudnych czasach. Ale jeśli dziś komuś powiem, że powinien trenować w cerowanym dresie, a na zawodach jeść fasolkę po bretońsku, to mi odpowie, że naoglądałem się "Misia". Rzeczywiście, zaczynałem w czasach "Misia". Nie powinniśmy jednak do tego wracać.

Pieniądze, których gwałtownie nam raczej nie przybędzie, inwestujmy w wybrane przedsięwzięcia. W grach zespołowych sprawa jest prosta. W najbliższych latach będziemy gospodarzami dużych imprez w koszykówce, piłce nożnej i dwóch siatkarskich. Prestiż kraju gospodarza wymusza na nas zrobienie czegoś w tych dyscyplinach. Zresztą gry zespołowe i tak są w najlepszej sytuacji. Tam po prostu jest biznes. Przychód, rozchód i sponsor. Nie wymagają państwowych dotacji, a za ewentualne porażki nie płaci podatnik.

Szukajmy nisz, w których mamy duże szanse na sukcesy. Jak moje medale w chodzie — tam nie było mocnych Amerykanów ani Kenijczyków. Byli świetni Rosjanie, Włosi, Meksykanie, ale znalazło się też miejsce dla Polaków. Zainwestowano w to — i były medale. Szansą dla nas są konkurencje techniczne, w których myśl trenerska ma znaczenie. Taką dyscypliną jest również wioślarstwo, już teraz świetnie prowadzone — na pięć osad cztery weszły do olimpijskich finałów. Choć populacja ludzi wiosłujących jest w Polsce równie "imponująca" jak tyczkarzy lub chodziarzy, zdobywa jednak złote medale olimpijskie. Albo przynajmniej medalowe szanse. Dotacje budżetowe, przyznawane związkom sportowym, trzeba przesuwać na takie właśnie nisze. Za dotację rządową można też przyjąć zatrudnienie wybitnych czy obiecujących sportowców w resortach mundurowych. Ktoś w końcu musi prowadzić prosportową politykę. Kto inny niż ministerstwo sportu? To jednostka rządowa i — w związku z tym — dysponująca najsilniejszymi argumentami. Byleby tylko harmonogram jego działań miał siłę hasła: Citius — Altius — Fortius (szybciej, wyżej, silniej) i wykraczał poza termin kolejnych wyborów. l

Robert Korzeniowski: Jeśli nadal nasz sport będzie się opierał na krótkotrwałych planach — a do takich należy plan olimpijski — to będziemy nacją narażoną na rozczarowania.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Robert Korzeniowski

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Kariera / Nie trwajmy w epoce Misia!