Nie ma jednej daty, po której w Polsce zacznie brakować wody. Niedobory będą pojawiały się lokalnie, sezonowo i z różną intensywnością. W części kraju ten proces już jest widoczny. Kolejne samorządy wprowadzają ograniczenia w korzystaniu z wodociągów. W Powidzu zakazano m.in. podlewania ogrodów i napełniania basenów. W gminie Wałcz w uzasadnieniu decyzji wskazano, że przedłużająca się susza doprowadziła do poboru przekraczającego wydajność ujęć. Podobne ograniczenia wprowadzono w Stężycy.
Nie oznacza to, że wszędzie brakuje wody pod ziemią. Problemem może być wydajność konkretnego ujęcia albo sieci wodociągowej, która w godzinach największego zapotrzebowania nie jest w stanie dostarczyć odpowiedniej ilości wody.
Polska na granicy stresu wodnego
Na jednego mieszkańca Polski przypada średnio około 1660 m sześc. odnawialnych zasobów wody rocznie. Średnia europejska to około 4560 m sześc., czyli prawie trzy razy więcej. Granica tzw. stresu wodnego jest określana na około 1700 m sześc. na mieszkańca rocznie. Polska znajduje się więc w pobliżu tego poziomu.
Wskaźnika tego nie należy jednak traktować jak wielkości rezerwy magazynowej, która stopniowo się wyczerpuje. Woda pozostaje elementem obiegu hydrologicznego, a duża część bezpieczeństwa zaopatrzenia ludności opiera się na wodach podziemnych.
Około 70 proc. wody przeznaczonej w Polsce do spożycia pochodzi z ujęć podziemnych. Państwowy Instytut Geologiczny szacuje ich zasoby dyspozycyjne na prawie 34 mln m sześc. na dobę.
Dla porównania, według GUS w 2024 r. gospodarka i ludność zużyły łącznie około 8 mld m sześc. wody, czyli średnio 22 mln m sześc. dziennie. Same gospodarstwa domowe pobierały z wodociągów przeciętnie około 3,66 mln m sześc. dziennie.
Zasoby dyspozycyjne wód podziemnych odpowiadają więc mniej więcej dziewięciokrotności dziennego zużycia gospodarstw domowych. Nie oznacza to jednak istnienia łatwo dostępnej nadwyżki. Zasoby są rozmieszczone nierównomiernie, nie wszędzie można je eksploatować w takim samym stopniu, a przemysł w dużej części korzysta z innych źródeł.
Ulewa nie kończy suszy
Duże znaczenie ma nie tylko suma opadów, ale również ich intensywność i rozkład w czasie.
Opad 30 mm oznacza 30 l wody na każdy metr kwadratowy. Z dachu o powierzchni 100 m kw. spada podczas takiej ulewy około 3 tys. litrów wody. Na powierzchni jednego kilometra kwadratowego daje to 30 tys. m sześc.
Jeżeli taki opad wystąpiłby równomiernie na obszarze 100 km kw., odpowiadałby około 3 mln m sześc. wody. To wartość zbliżona do dziennego poboru wszystkich polskich gospodarstw domowych z sieci wodociągowej.
Podczas gwałtownej burzy duża część wody szybko odpływa jednak z dachów, asfaltu i przesuszonej gleby do kanalizacji oraz rzek. Długotrwały, mniej intensywny deszcz ma większe znaczenie dla odbudowy wilgotności gleby i zasobów podziemnych.
Dlatego lokalne podtopienia mogą występować jednocześnie z suszą hydrologiczną.
Według danych IMGW z 6 sierpnia przepływ wody na 331 stacjach hydrologicznych znajdował się poniżej średniego niskiego przepływu z wielolecia. Tydzień wcześniej takich stacji było 311. Na 25 stacjach przepływ spadł poniżej najniższej wartości wcześniej tam zmierzonej.
IMGW prowadzi w Polsce sieć ponad 900 stacji hydrologicznych. Nie wszystkie mają identyczne funkcje i nie dla każdej w ten sam sposób stosuje się wskaźnik niskiego przepływu, ale dane pokazują skalę zjawiska.
Niżówka hydrologiczna oznacza dłuższy okres, w którym przepływ w rzece utrzymuje się na bardzo niskim poziomie. Rzeka nie musi wyschnąć, ale ilość płynącej wody pozostaje przez dłuższy czas znacznie mniejsza niż zwykle.
Niżówka hydrogeologiczna dotyczy natomiast wód podziemnych. W sierpniu Państwowy Instytut Geologiczny prognozuje możliwość jej występowania na obszarach 15 z 16 województw. Nie oznacza to braku wody z kranu w niemal całym kraju. W pierwszej kolejności skutki mogą być widoczne w płytkich studniach i niewielkich lokalnych ujęciach.
Typowa kolejność problemów zaczyna się od pogorszenia wilgotności gleby i warunków dla rolnictwa. Następnie obniża się poziom płytkich wód podziemnych, pojawiają się problemy w lokalnych ujęciach, a samorządy wprowadzają ograniczenia w podlewaniu czy napełnianiu basenów. Dopiero długotrwałe niedobory mogą zagrozić podstawowym dostawom dla mieszkańców.
Przemysł zużywa ponad cztery razy więcej niż gospodarstwa domowe
Woda jest także istotnym surowcem dla gospodarki. Z około 8 mld m sześc. zużytych w Polsce w 2024 r. aż 5,49 mld m sześc., czyli około 68 proc., przypadło na przemysł. Odpowiada to ponad 15 mln m sześc. dziennie.
Przemysł zużywa więc ponad cztery razy więcej wody niż gospodarstwa domowe pobierają z wodociągów. Szczególne znaczenie ma energetyka. W 2022 r. sektor wytwarzania i zaopatrywania w energię elektryczną, gaz, parę oraz gorącą wodę odpowiadał za około 88 proc. przemysłowego zużycia.
Nie jest to jednak zużycie porównywalne z gospodarstwami domowymi. Duże ilości wody służą do chłodzenia i następnie wracają do środowiska albo pozostają w obiegu. Mimo to niski poziom rzek i wysoka temperatura wody mogą ograniczać możliwości chłodzenia bloków energetycznych. Dostępność wody staje się więc jednym z elementów bezpieczeństwa energetycznego.
Niedobory nie wynikają wyłącznie ze wzrostu zużycia. Według najnowszych danych GUS w 2025 r. krajowy pobór wody na potrzeby gospodarki i ludności spadł o około 5 proc. Znaczenie mają również warunki pogodowe, rozmieszczenie zasobów i stan lokalnej infrastruktury.
Woda jako zasób strategiczny
Znaczenie wody jako zasobu strategicznego dobrze pokazuje spór dotyczący Muszynianki.
Firma chciała korzystać ze słowackich źródeł w Legnavie, położonych niedaleko granicy, i transportować wodę rurociągiem do rozlewni w Muszynie. W 2014 r. Słowacja zmieniła konstytucję i zakazała transgranicznego przewozu niebutelkowanej wody, m.in. rurociągami i cysternami. Projekt stracił w rezultacie gospodarczy sens.
Muszynianka skierowała sprawę do międzynarodowego arbitrażu i domagała się ponad 575 mln zł odszkodowania. Trybunał oddalił roszczenia, uznając, że Słowacja mogła w taki sposób regulować swoje zasoby wodne.
Problem dotyczy całej Europy
Europejska Agencja Środowiska podaje, że w 2023 r. niedoboru wody przynajmniej przez część roku doświadczało 28 proc. powierzchni Unii Europejskiej i 32 proc. jej mieszkańców.
Rosną też koszty dostosowania infrastruktury. W samym 2024 r. nakłady na środki trwałe związane z gospodarką wodną wyniosły w Polsce około 3,6 mld zł.
Nie ma podstaw do wskazania konkretnego roku, w którym Polska miałaby wyczerpać zasoby wody pitnej. Bardziej prawdopodobny jest stopniowy wzrost liczby lokalnych problemów: niewystarczającej wydajności wodociągów, wysychających płytkich studni, niedoborów w rolnictwie i konieczności budowy nowych ujęć.
Dostęp do wody może też coraz częściej wpływać na decyzje inwestycyjne przedsiębiorstw i samorządów. Z gospodarczego punktu widzenia kluczowe staje się więc nie pytanie o całkowite wyczerpanie zasobów, lecz o koszt zapewnienia odpowiedniej ilości wody w miejscach, w których zapotrzebowanie będzie największe.
Wysłuchaj tego artykułu w PB BRIEF.
