Nie wyjdziesz bez autografu

Agnieszka Janas
opublikowano: 25-04-2003, 00:00

Posesja. U Krzysztofa Zanussiego

Od domu nie oczekuje przepychu, blichtru na pokaz. Ma być wygodny i przyjazny. Z kawałkiem ogrodu, niewielką oranżerią, z własną księgą gości. W tych życzeniach, które Krzysztof Zanussi zrealizował na warszawskim Starym Żoliborzu, mocno słychać ton racjonalizmu.

— Dom jest sprzed wojny. Zbudowany z myślą o jednej rodzinie, ale teraz mieszkają w nim — dość wygodnie — dwie. Okoliczności, które doprowadziły do tego, że stałem się jego właścicielem, nieźle ilustrują rzeczywistość, w której przyszło nam żyć do 1989 roku. Pracowałem za granicą, mogłem więc w Polsce legalnie wydawać zarobione tam pieniądze. W dobie „średniego Gierka” władze Warszawy postanowiły pozbyć się części nieruchomości: sprzedać domy, które nie miały spadkobierców. Postanowiliśmy — z Kazimierzem Kordem — kupić tę posesję. Razem z nią przejęliśmy też ówczesnych lokatorów, którym musieliśmy kupić mieszkania, by później zmienić dom, według naszych potrzeb. Za przebudowę domu odpowiadała Anna Chmurzanka... Po zmianach te mury stały się dla mnie, żony i mojej mamy mieszkaniem. Miały dać wygodne schronienie i godziwe warunki właścicielom — wspomina Krzysztof Zanussi.

Trochę liści

Brakowało orażerii. Trzeba ją było odbudować. Kiedy aura kiepska, oranżeria pozwala mamie reżysera przebywać wśród zieleni, daje namiastkę spaceru, pozwala zapomnieć o zimie. Siedzimy w saloniku na I piętrze, który — wraz z parterem oraz podestem między kondygnacjami — stanowi część oranżerii. Na ścianie wije się okazały bluszcz o olbrzymich liściach. Co to?

— Proszę mnie nie pytać o te rośliny. Tym zajmuje się żona. Tylko ona wie, co to jest! — śmieje się gospodarz.

— Terastigna voineriari. Bardzo egzotyczna! W Warszawie są dwa takie okazy: jeden porasta mury biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego, drugi pnie się u nas. Może mieć nawet 7 m długości! Nie dam mu takiej szansy, przycinam go systematycznie — wyjaśnia Elżbieta Grocholska, żona reżysera, stawiając kawę na stoliku.

Poduszki na schodach

Dom reżysera słynie z otwartości. Jesteśmy tu dopiero kilka minut i od kilku minut właśnie doświadczamy zainteresowania, okazywanego przez gospodarza. Życzliwości.

— Kiedy mieszkałem w maleńkim mieszkaniu w centrum miasta — na osiedlu Za Żelazną Bramą — także przyjmowałem przyjaciół i znajomych. Przez 10 lat musiało starczyć 26 mkw. Musiałem wyprowadzać się do rodziców, jeśli chciałem kogoś przenocować. A na Żoliborzu mam wydzielone lokum, które bez skrępowania, nawet na dłużej, może zająć przyjaciel — opowiada Krzysztof Zanussi.

Gospodarze tak ukształtowali wnętrze, by umożliwiało prowadzenie życia towarzyskiego, służyło przyjmowaniu studentów i było odpowiednie do pracy twórczej — z uwzględnieniem szczególnego zawodu właściciela.

— Mamy swoje pomysły, pozwalające tak wykorzystać dom w czasie spotkań, by łączył ludzi i zapewniał im swobodny kontakt — mówi Krzysztof Zanussi — Nie ma jakiejś specjalnej celebry... Ot, na schody kładziemy poduszki, by gdzieś posadzić ludzi. Te nasze spotkania to nie jest salon czy klub książki i prasy... no może — wypracowana przez nas — forma pośrednia.

Przebywamy w części domu, służącej do przyjmowania wizyt. Przed nami obszerny pokój z dużym, ciemnym stołem, za którym reżyser zasiada czasem ze studentami. Dla gości dostępna jest też cała oranżeria.

— Podczas spotkań towarzyskich stół w pokoju pełni rolę bufetu. Ustawiamy małe stoliczki i wokół nich krzesła. Dzięki temu goście mogą przemieszczać się swobodnie i rozmawiać z interesującymi ich osobami. Przystawkę zjeść w jednym towarzystwie, a deser — już w innym. Na podeście w oranżerii też jest pełno miejsca dla zaproszonych — po to, aby powiązać w całość przestrzeń dla nich przeznaczoną.

Do księgi

Dom Zanussiego słynie z kolekcjonowania odwiedzających. Ma swój pamiętnik — księgę gości, do której wpisują się wszyscy odwiedzający. Bez wyjątku zostawiają zdjęcia.

— Zawsze powtarzam studentom, że to obowiązek... Gdybym bowiem kiedyś znalazł się w biedzie, wówczas będę wyrywał kartki z autografami tych, którzy właśnie są popularni i cenieni, a potem sprzedawał je na aukcjach... Ponieważ nie mogę przewidzieć, kto to będzie, dlatego każdy zostawia mi podpis i fotografię — Krzysztof Zanussi podsuwa dwa oprawione w brązową skórę tomiska.

— Proszę bardzo, o tu jest miejsce na podpisy, a może nosicie państwo przy sobie fotografie? — reżyser ani o włos nie odstępuje od prawideł,

Przewracamy strony. Znane i nieznane nazwiska. Na chybił trafił: Milva i Zbigniew Zapasiewicz, Margarette von Trotta i Daniel Olbrychski, Andrzej Wajda, Hanna Stankówna i Maja Komorowska...

Bez telefonów

Dom otwarty. Bez kąta tylko dla gospodarza?

— Nie mam instynktu terytorialnego, bo nie jestem psem. Moja suka przywiązała się do tej przestrzeni domu, którą uznała za własną. Warczy w jej obronie, a następnie ucieka, bo to labrador... Bardzo mądra rasa — pomaga policjantom, niepełnosprawnym — ale równie tchórzliwa jak mądra. A zatem... Nie potrzebuję podobnego terytorium. Wydzieliłem sobie kawałek na górze domu, gdzie pracuję. Oczywiście po to, by się skupić. Intymna część domu. Z kominkiem. I kiedy tam jestem, dość opryskliwie przyjmuję telefony, bo zawsze proszę, aby mnie nie łączyć — opowiada reżyser.

Na piętrze rozwija nowe pomysły, pisze felietony, przegląda lektury. Nie zawsze jest tam pusto. Kiedy potrzeba, wraz ze studentami zasiada przed ekranem telewizora, by z kaset wideo wspólnie obejrzeć filmy.

Dom Krzysztofa Zanussiego wziął na siebie inne jeszcze zadanie: biura producenta. Aktorów, reżyserów, scenarzystów i wszystkich, którzy do powstania filmu się przyczyniają, podejmuje się na piętrze, gdzie właściciel postawił komputer.

Mieszkanie, uczelniana sala, miejsce twórczej pracy, salon, kawałek natury w oranżerii, przytulny nocleg dla gości, producencki gabinet. Wszystko na trzech, wcale nierozległych kondygnacjach.

Wygodne. Ale możliwe tylko wówczas, gdy ktoś nie ma — lub się wyzbędzie — instynktu terytorialnego.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Agnieszka Janas

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu