Pokonany kandydat honorowo składał w środę rano telefoniczne gratulacje zwycięzcy. Ale tak bywało w czasach normalnych, koronawirus wysadza wszelkie kanony. Tym razem tzw. kartogram, czyli mapa USA uzupełniana liczbami zgodnie z przesuwaniem się stref czasowych, obejmował w części stanów wyniki przybliżone, bez postawienia kropki nad i. Zwłaszcza w tzw. swingujących, w których przewaga któregoś z dwóch rywali okazała się niewielka. Stany Zjednoczone oraz świat oczywiście otrzymały sygnał, czy nadal 45. prezydentem będzie 74-letni Donald John Trump, czy to 78-letni Joseph Robinette Biden złoży przysięgę jako 46. Dla Trumpa jednak utrata zabawek władzy po pierwszej kadencji jest wręcz niewyobrażalna, dlatego z góry zapowiedział, że w razie wyliczonej porażki będzie walczył prawnie do ostatniego dolara o podważenie wyników. Jako zło wskazywał rozbudowywanie przez poszczególne stany antyepidemicznego głosowania korespondencyjnego.

Ewentualne podważenie wyników dotyczy rozkładu 538 mandatów w kolegium elektorskim. Bo co do ogólnej liczby głosów w skali USA nie ma wątpliwości. Joe Biden powinien uzyskać ich wyraźnie więcej, a ponieważ frekwencja była (dzięki głosom korespondencyjnym) znacznie wyższa niż w 2016 r., to i jego przewaga zapewne przekroczy 2,87 mln głosów — taką uzyskała Hillary Clinton, odnosząc sukces pyrrusowy. Liczą się wyłącznie zwycięstwa w rozliczanych odrębnie 50 stanach i dystrykcie stołecznym. Na gęsto zaludnionym wybrzeżu Atlantyku dominują demokratyczne stany tzw. niebieskie, na czele z Nowym Jorkiem (ma 29 elektorów). Kilka bardzo ważnych należy do wahliwych — m.in. Pensylwania (20), Floryda (29), Ohio (18), a w środkowej strefie czasowej m.in. Michigan (16) i Wisconsin (10). Całe wnętrze kartogramu to ogromna połać republikańskiej czerwieni, pod przewodem ludnego Teksasu (38). Trzecia strefa czasowa to znowu niebieskie wybrzeże Pacyfku z potężną Kalifornią (55). Głosy obu oddalonych stanów najmłodszych są także oczywistością — Alaska (3) jest republikańska, zaś Hawaje (4) demokratyczne. Pretendentom do prezydentury chodziło o drobiazg — uciułanie co najmniej 270 mandatów elektorskich…
Obie główne partie od XIX wieku mają maskotki/symbole — osioł jest demokratyczny, a słoń republikański. Wspomniane barwy ukształtowały się natomiast dopiero dwie dekady temu. Generalnie z czerwienią kojarzą się programy bardziej lewicowe, symbole prawicy bywają różne, ale na pewno bliżej jej do niebieskiego. W USA traktowano to niejednorodnie, często wymiennie, barwy ustabilizowały się dopiero od 2000 r. Zarówno same partie, jak też telewizje i inne media definitywnie przypisały demokratom kolor niebieski, zaś republikanom czerwony. Ujednolicone kartogramy stały się wreszcie czytelne, można łatwo porównywać wyniki wyborów z różnych lat. Stałe upartyjnienie dwóch kolorów z flagi USA zyskało dodatkowy kontekst, do którego nawiązałem w tytule. Czerwone karki (rednecks) pochodzą dosłownie od… opalenizny farmerów wykonujących prace polowe już po zniesieniu niewolnictwa. Przez lata termin ewoluował i współcześnie obejmuje piewców tzw. amerykańskich wartości, którym obcy jest kosmopolityzm wlewający się do USA wybrzeżami obu oceanow. Nazwa celnie charakteryzuje tradycyjny elektorat republikański, zaś do określenia zwolenników akurat Donalda Trumpa pasuje wręcz idealnie.