Oczywiście ekspresowo zgłosiła się tzw. wielka piątka, czyli partie obecnie zasiadające w Sejmie, którym sondaże wieszczą powtórzenie 15 października tego sukcesu, chociaż z bardzo zróżnicowanym urobkiem. Notabene w obecnej fazie wyborcze dywagacje dotyczą głównie Sejmu, wybierany w stu okręgach jednomandatowych Senat to odrębne zagadnienie. Poza wielką piątką deklaracje startu zgłasza także najróżniejszy polityczny plankton, którego jedynym sukcesem będzie… samo zarejestrowanie komitetu, bo nie uda mu się zarejestrować żadnego kandydata. Dla podmiotu niemającego struktur bariera podpisowa jest jednak wysoka – co najmniej 5 tys. wyborców z danego okręgu musi poprzeć listę kandydatów do Sejmu, zaś co najmniej 2 tys. kandydata do Senatu. Notabene kodeks tę procedurę nieco uszczelnił – doszła rubryka z datą składania podpisu, zatem nie daje się już kombinować wcześniej. Dlatego każdy komitet niecierpliwie odlicza minuty do podjęcia przez PKW uchwały rejestracyjnej. Pierwsze zostały podjęte już w czwartek, kolejnych można spodziewać się w piątek, a potem w poniedziałek, jako że 14 sierpnia to dla PKW dzień roboczy. Całkiem zatem możliwe, że już we wtorkowe Święto Wojska Polskiego na militarnych piknikach i innych uroczystościach zanurkują w tłumy pierwsi partyjni emisariusze z arkuszami podpisowymi…
Wstępna analiza dotychczasowych zgłoszeń prowadzi do naturalnych wniosków finansowych. Przypomnę, że komitety mogą mieć charakter troisty. Komitet wyborczy (KW) tworzy zarejestrowana sądownie partia, przy czym nie ma znaczenia prawnego zabieranie przez duży okręt partyjny czegoś, co się przyczepiło i mówi „płyniemy”. Warunkiem dostania się przez KW do Sejmu jest zdobycie przynajmniej 5 proc. ważnych głosów w skali kraju (ten warunek nie obowiązuje list mniejszości narodowych), przy czym późniejsza budżetowa dotacja zwracająca koszty oraz subwencja trafia wyłącznie na konto partii tworzącej KW, przyklejeni dostają zero. Druga formuła to koalicyjny komitet wyborczy (KKW), który do Sejmu musi przeskoczyć poprzeczkę 8 proc., zaś późniejsze zasilanie budżetowe dzieli zgodnie z umową koalicyjną. Trzecią ścieżką możliwego zgłaszania kandydatów jest zawiązanie komitetu wyborczego wyborców (KWW), czyli bytu tworzonego epizodycznie na konkretne wybory. Notabene w wyborach prezydenckich mogą funkcjonować wyłącznie KWW, co w naiwnym założeniu ma powodować uniezależnienie kandydatów od ich partii, ale to oczywiście fikcja.
Wśród podmiotów dotychczas zgłoszonych do PKW nie ma ani jednego KWW. Obstawiam zresztą, że… nie będzie. Na razie zgłosiły się dwa KKW z ambicją przekroczenia progu 8 proc., a cała reszta to monopartyjne KW. Powód jest bardzo prozaiczny – w razie zdobycia przez taki komitet chociażby 3 proc. głosów przysługuje partii przez cztery lata budżetowa subwencja! Taki bonus w 2015 r. trafił się lewicowej Partii Razem, która uzyskała 3,62 proc. – czyli znalazła się poza Sejmem, ale budżetowa kaska przez całą kadencję 2015-19 regularnie płynęła. Natomiast np. Solidarna Polska przyczepiona do PiS miała posłów i ministrów, ale pieniędzy zero – dlatego wykorzystując rządowe stanowiska stworzyła alternatywny wobec oficjalnej subwencji system dojenia publicznej kasy. Przypomniany sprzed ośmiu lat zaskakujący sukces finansowy kanapy Adriana Zandberga obecnie jest marzeniem planktonu, czyli wszystkich partyjnych KW lokujących się znacznie poniżej 5 proc. – no niechby te zbawcze 3 proc. Idealistyczna formuła KWW nie dałaby żadnych budżetowych pieniędzy nawet w razie sukcesu. W wyborach prezydenckich jest nakazana, w samorządowych sprawdza się całkiem dobrze, ale w parlamentarnych – tylko dla frajerów.

