Niełatwo go wyprzedzić

Jacek Konikowski, współpraca MS
opublikowano: 2004-08-20 00:00

Janusz Kiljańczyk zakończył karierę sportową przed wieloma laty, ale ludzie wciąż mówią, że kupili samochód „u tego rajdowca”.

Gdy miał 16 lat, dostał od ojca motocykl — nie lśniącą chromem maszynę, lecz worek części. Żeby jeździć, sam musiał go złożyć. Ojciec z premedytacją podarował mu motor w częściach, których kilka schował. Syn dłubał przy nim tygodniami, aż wreszcie silnik zakaszlał, a potem ruszył. Później mnóstwo czasu spędzał w garażu ojca, przerabiając i ulepszając motocykle. Od jazdy bardziej pociągało go grzebanie w silnikach.

— Dziś wiem, że ojciec chciał mnie nauczyć majsterkowania, dokładności i cierpliwości — przyznaje Janusz Kiljańczyk.

Dwa i cztery kółka

Pierwsza praca? W 1960 roku — w Warszawskiej Fabryce Motocykli. Miał farta, trafił do działu sportowego. Objeżdżał i obserwował jak zachowują się produkowane tam popularne wuefemki. Wtedy 7 zł na godzinę plus dodatek za objeżdżanie — o, to było sporo.

Potem czyścił motory i doglądał sprzętu wielkich sportu motorowego w Polsce, Tu poznał braci Brunów, Mirosława Malca, Józefa Rewerellego, Fredka Kupskiego. Jerzy Jankowski, konstruktor i rajdowiec motocyklowy, mawiał o nim: ma serce do motorów.

Kiljańczyk rozpoczął pierwsze starty w zawodach crossowych i rajdowych — na własnoręcznie zmodyfikowanych wuefemkach. Za oszczędności, w przydomowym garażu otworzył mały warsztat; po pracy naprawiał w nim i podrasowywał silniki motocyklowe. Miał sporo klientów.

— Kiedyś na zakładowej tablicy spostrzegłem ogłoszenie. Napisał je jeden z dyrektorów. Szukał ludzi, którzy wyremontowaliby mu karoserię chevroleta. Zgłosiłem się, ale kiedy zobaczyłem, w jakim stanie jest ten niegdysiejszy krążownik szos, to pożałowałem. Nie było co remontować... — wspomina Kiljańczyk.

I choć udało mu się wymigać od roli konserwatora zabytków, zainteresowanie samochodami pozostało. Tym bardziej że już wtedy motocykle zaczynały się powoli dewaluować. Szyku zadawało się w samochodach.

Młody Kiljańczyk miał już wtedy Fiata 600D, którym coraz częściej startował w próbach sprawnościowych — na MDM-ie, placu Zwycięstwa, Bielanach. Potem przyszły pierwsze wyścigi i rajdy. I sukcesy.

W 1968 roku — wraz ze Zbigniewem Kulczyńskim — otworzył stację obsługi w Warszawie przy ul. Waszyngtona — jedną z większych wówczas prywatnych stacji w Polsce.

— Przerabialiśmy polskie fiaty do startów w rajdach i wyścigach. Wspólnie zmontowaliśmy Fiata 1600 — obniżonego, na szerokich gumach. Wtedy to było naprawdę coś! Startowaliśmy nim w wyścigach pod Kielcami, Poznaniem i na autostradzie pod Szczecinem. Ścigałem się m.in. z Longinem Bielakiem, Krzysztofem Komornickim i Ksawerym Frankiem, potem z Varisellą, Smorawińskim, Zasadą... — wspomina Janusz Kiljańczyk.

W salonie w Alejach Jerozolimskich wisi zdjęcie, na którym Kiljańczyk na torze w Poznaniu z uporem nie daje się wyprzedzić Smorawińskiemu, jadącemu porsche.

— Jeździł ostro, czasem jak wariat... Niełatwo było go wyprzedzić. Był strasznie uparty, bojowy — mówi o Kiljańczyku Longin Bielak.

— Nigdy nie dawał za wygraną, choćby stawka była symboliczna. Raz na lotnisku Ławica pod Poznaniem mało nie rozbiliśmy swoich drogocennych Renault 12 Gordini. Jechaliśmy łeb w łeb, prawie 200 na godzinę mijając szykany z opon przy prędkości prawie 160 km na godzinę. Wystarczyło je musnąć kołem, a z samochodu nic by nie zostało. Żaden z nas jednak nie chciał popuścić, choćby za cenę rozbicia auta. Janusz był strasznie zawzięty. Gdy po wyścigu Francuzi dowiedzieli się o naszych wyczynach, solidnie nas zrugali. Myśli pan, że to coś pomogło? Janusz nadal przyprawiał ich o zawał serca. Zresztą, on i dzisiaj potrafi tak jeździć — wspomina Błażej Krupa, wielokrotny mistrz Polski w rajdach samochodowych.

Wspólnie z Renault

Początek lat 70. Kiljańczyk dużo startował i często zdobywał nagrody, co nie uszło uwadze przedstawicieli Renault. Pewnego dnia na stacji obsługi przy Waszyngtona pojawił się ktoś z koncernu. Był zaskoczony wysoką jak na tamte czasy techniką przerabiania przez Kiljańczyka i Kulczyńskiego samochodów do wyścigów. Wtedy to firma Renault zaproponowała, aby zaczął się ścigać ich samochodem. Był to Renault 12 Gordini! Sportowy, 160 KM pod maską, szerokie koła, niskie zawieszenie. Wyścigowa rakieta. Do tego dostał cały samochód części i opon. Dla młodego człowieka — szczyt marzeń.

Sukcesy posypały się jak z rękawa. Na ścianach salonu w Alejach Jerozolimskich wisi ponad pół setki dyplomów. Przez 13 lat Kiljańczyk zgromadził kilkanaście tytułów mistrza i wicemistrza Polski w różnych klasach łącznie z mistrzem Polski wszech klas — najważniejszym trofeum, jakie można było wtedy zdobyć w polskim sporcie samochodowym. Ścigał się i w Formule Polonia. Na jednym ze zdjęć wiszących w Alejach siedzi za kierownicą Raka, polskiego samochodu wyścigowego, wzorowanego na bolidach Formuły I.

Budowniczy

W 1974 roku Kiljańczyk musiał się wynieść ze swojej „stajni” przy Waszyngtona. Przeniósł się na Grochów, na ul. Zagójską, gdzie do dziś działa stacja Renault.

— To była kanciapa z dwoma stanowiskami i małą przybudówką na biuro, w której mieścił się jeden pracownik. Nie to co poprzednia stacja... Tamta przy tej — to był pałac — wspomina przedsiębiorca.

Przez 10 lat inwestował w jej rozbudowę. Od 1989 r. sprzedawał tam samochody Renault. Dwa lata później jako jeden z pierwszych w kraju stał się koncesjonariuszem sieci partnerów Renault w Polsce. Coraz więcej ludzi kupowało samochody u „rajdowca”.

— Z czasem niemal fizycznie czułem, że jest mi tam za ciasno. Nie było gdzie parkować aut — wspomina Kiljańczyk.

Był rok 1994. W pewien weekend wybrał się na spacer po polach — na krańcu Alei Jerozolimskich, tam gdzie dziś stoi Carrefour, Biznespark Ochota i biurowce kilku znanych zachodnich koncernów. Wtedy 6 km od centrum stolicy — jak okiem sięgnąć — rosła kapusta i kartofle. I jedyne w okolicy drzewo. Rok później stanęła pod nim nowoczesna stacja i salon samochodowy: Centrum Handlu i Obsługi Renault Kiljańczyk.

— Znajomi pukali się w czoło: „Co ci strzeliło do głowy, żeby stację budować wśród zagonów kapusty...”. Gdy rok później — na otwarcie — przyjechali Francuzi, też się dziwili, ale ja miałem wizję, właśnie w tym miejscu widziałem swoją firmę. To przecież arteria wyjazdowa z miasta — mówi Janusz Kiljańczyk.

Dzisiaj wszyscy zazdroszczą mu intuicji. Konkurenci przyznają: „facet miał nosa”. Dwa lata później podobnie mówili o jego lakierni przy Lewinowskiej, na Pradze Północ, też zbudowanej w szczerym polu, a dziś obrośniętej osiedlami mieszkaniowymi. Potem doszła stacja przy al. Krakowskiej, zbudowana wspólnie z Longinem Bielakiem.

Nic dziwnego, że znajomi mówią o nim: Janusz Budowniczy.

— Lubię budować! To moja pasja — śmieje się Kiljańczyk.

— Zawsze zastanawiało nas, jak on to robił, że w czasach socjalizmu, gdy wszystko od cegły po kafelki było reglamentowane, on zawsze coś budował i zawsze udawało mu się zdobyć, i to legalnie, wszystkie materiały. Kiedyś się wygadał. Otóż, rozsyłał do wszystkich producentów reglamentowanych materiałów zamówienia, na które otrzymywał odpowiedź, że można je zrealizować np.: za 3-4 lata. Chował je do teczki i cierpliwie czekał. W odpowiednim czasie zgłaszał się do producenta z dokumentem i materiały dostawał. Wykorzystywał je nie na starą budowę, lecz na tę, którą właśnie rozpoczynał. To się nazywa planowanie! — mówi Krupa.

Ludzie Kiljańczyka

Większość ówczesnych pracowników nadal pracuje u Kiljańczyka. Wielu z tych, którzy przed laty stali w kanałach, naprawiając samochody klientów, awansowało.

Dyrektor handlowy zaczynał jako sprzedawca. Szef serwisu mechanicznego — jako zwykły mechanik. Takich ludzi pracuje tu więcej. Ale Kiljańczyk nikomu nie folguje.

— Bardzo wymagający i drobiazgowy, niekiedy do przesady. Z jednej strony jak dobry wujek, z drugiej wytyka uchybienia i strofuje. Nie jest typem nadętego szefa. Lubi rozmawiać z ludźmi, nie z góry, jak równy z równym. Większość z nas nie ma jednak odwagi na taki dialog. Po prostu: czujemy respekt i szacunek — mówi pracownik Kiljańczyka.

— Zbytnie koncentrowanie się na drobiazgach może niekiedy utrudniać zarządzanie firmą, co nie znaczy wcale, że jest złe... Drobiazgowość nie ma większego wpływu na skuteczność w biznesie... Najważniejsza — według mnie — jest uczciwość i lojalność. Te cechy są ostoją biznesu i Janusz jest ich odzwierciedleniem — twierdzi Zbigniew Niemczycki, przyjaciel Kiljańczyka.

— To chyba najskromniejszy człowiek, jakiego znam, zwłaszcza w biznesie. A znam go od lat. Pamiętam jak jeszcze w czasach studenckich, w ówczesnych Hybrydach, dziewczyny uganiały się za nim, a on biedak nie wiedział dlaczego, mimo że już wtedy był znanym rajdowcem. Dzisiaj, mimo że doszedł do sporej fortuny, pozostaje wyjątkowo skromny. Zresztą, ja do Janusza Kiljańczyka mam specjalny stosunek. Jego rodzina uratowała naszą rodzinę przed zagładą. Mój dziadek z babcią pomagali Żydom w czasie okupacji. Gdy Niemcy zażądali od nich pieniędzy, żeby się wykupić, rodzina Kiljańczyków wyciągnęła ich z opresji. Dziś babcia Kiljańczyka jest w naszej rodzinie ikoną. Zawdzięczamy jej życie. Często zwracam się do Janusza per „kuzynie”, bo skoro zawdzięczam życie jego rodzinie, to on jest jakby częścią mojej — mówi generał Sławomir Petelicki.

Opuszczony gabinet

Kiljańczyk nie ma własnego gabinetu — jak inni właściciele, często dużo mniejszych firm.

— Szkoda pieniędzy — tłumaczy przedsiębiorca.

Urzęduje w prostym pomieszczeniu, bez mebli ze skór czy obrazów. Kiedyś miał okazałe biurko, dzieło sztuki, które zawsze było tam, gdzie pracował. Teraz zajmuje tak mały pokój, że — po prostu — się do niego nie zmieściło.

— Nie usiedzi za biurkiem. Zresztą nie ma nawet gabinetu. Oddał go młodemu dyrektorowi. Szef jest wszędzie, z każdym porozmawia, mechaników zna, odkąd zaczęli pracować, zagląda w każde miejsce hali napraw. Firma to jego drugi dom. On ją zbudował — mówi Jacek Fedorczyk, szef reklamy, który do firmy trafił przypadkowo: 12 lat temu kupował na Zagójskiej samochód — po miesiącu już tam pracował.

Podpatrywacz

W olbrzymiej hali napraw przy Lewinowskiej wisi hasło: „Pierwszy samochód sprzedaje dealer, każdy następny dobry serwis”.

— Prezes podpatrzył je w fabryce w Stanach Zjednoczonych. W ogóle dużo podpatruje i najlepsze pomysły kopiuje u siebie. Nadal dużo czyta — o marketingu, o zarządzaniu. Pasjonują go zwłaszcza biografie — mówi Fedorczyk.

Miłością do książek Kiljańczyk zaraża pracowników. W prezencie daje im książki. W firmie stworzył bibliotekę, a w niej dziesiątki książek o marketingu, zarządzaniu, obsłudze klienta. Każdy pracownik może wypożyczyć któryś z tomów. Ba, prowadził również konkursy czytelnicze. Kiljańczyk płaci też za szkolenia dla pracowników (co roku wydaje na nie około 100 tys. zł). Nie bez powodu.

— Nie jestem w stanie zarządzać robotą kilkuset ludzi! Mogę być tylko moderatorem ich pracy, podpowiadać i dzielić się doświadczeniem. Moje zadanie to kreowanie ich pracy, a to, jak pracują — zależy od nich samych — mówi.

Jeszcze przed laty, gdy firma mieściła się na Zagójskiej i pracowało w niej kilkadziesiąt osób, miał zwyczaj rozmawiania o problemach podczas wspólnych obiadów.

Mówi, że stara się uczyć się na własnych błędach. Jak w sporcie.

— Kiedy po raz pierwszy w trakcie wyścigu rozbiłem samochód marki Fiat, wróciłem do domu załamany. Ojciec zapytał mnie co się stało. Opowiedziałem. A on na to: „Uspokój się, przecież to się już stało i nie masz na to żadnego wpływu, ale przeanalizuj przyczyny wypadku... Jedź na to miejsce, obejrzyj każdy przejechany metr trasy i zobacz, w którym momencie popełniłeś błąd”. Tydzień później obejrzałem miejsce wypadku raz jeszcze, przeanalizowałem swoje ówczesne zachowanie. To pomogło. Potem wielokrotnie powtarzałem podobne analizy po kolejnych błędach, by móc wyeliminować je w przyszłości — opowiada Kiljańczyk.

Kolekcja

Wszyscy uważają, że ma niesamowitą wręcz intuicję, co w biznesie jest darem niebios.

— Najpierw czuję, że coś powinienem zrobić, a potem szukam do tego racjonalnego uzasadnienia. Szczęściu trzeba pomóc — twierdzi.

Jako pierwszy z dealerów, przed dekadą zaczął przyjmować w rozliczeniu używane samochody; pierwszy zaoferował ubezpieczenia w swoim salonie. To m.in. właśnie dzięki intuicji udało mu się zgromadzić kolekcję dzieł sztuki, zarejestrowaną dziś u konserwatora zabytków jako dobro kultury narodowej. Sztuka to — po sporcie i motoryzacji — trzecia pasja Kiljańczyka.

— Jestem kolekcjonerem od czasów studiów na Wydziale Samochodów i Ciągników WSJ. Ale mój kontakt ze sztuką rozpoczął się znacznie wcześniej. Wraz z moim przyjacielem Maćkiem Putowskim bywałem w domu Franka Starowieyskiego i tam zetknąłem się z wieloma wspaniałymi, starymi przedmiotami. To rozbudziło we mnie pasję kolekcjonowania. Kiedyś, podczas zawodów w Toruniu kupiłem na targowisku portret Stanisława Augusta Poniatowskiego w stroju koronacyjnym — stał się początkiem mojego zbioru — mówi.

Na pytanie, jak odróżnia sztukę od kiczu, odpowiada po prostu: „Gdy, patrząc na coś, dostaję gęsiej skórki, wiem, że oglądam coś cennego i chcę to mieć, żeby patrzeć na to częściej”.

— Imponuje mi w Januszu to, że ma rzeczy w dobrym guście. Nie ma w nim nic z nuworysza. Jego kolekcja sztuki jest marzeniem niejednego kustosza muzeum. Ma trochę banalną kolekcję XIX-wiecznego malarstwa polskiego. Banalną, bo niemal każdy biznesmen chcąc się pokazać, kupuje prace z tego okresu, ale nie Kiljańczyk. On nie jest nuworyszem, bo obrazy zaczął zbierać, zanim jeszcze doszedł do wielkich pieniędzy, i z pasji, a nie potrzeby dowartościowania się. No i zbiór mebli ma przepyszny, zwłaszcza dwie szafy, jedna siedemnastowieczna ze wspaniałym cynowym lawatarzem i druga — osiemnastowieczna. Każde muzeum na świecie odkupiłoby je za krocie — mówi wieloletni przyjaciel Kiljańczyka, Franciszek Starowieyski.

— Wady? Chyba to, że za bardzo się przejmuje różnymi sprawami, bardzo przeżywa. Jest pedantem i wszystko musi mieć dograne w najmniejszych szczegółach, choćby z pozoru nieistotnych. To często przeszkadza w życiu. No i „koszmarnie” jeździ. Nie daj, Boże, jechać z nim ulicą Karową, zwłaszcza zimą. Nie podaruje sobie poślizgu. Mimo nobliwego wieku nadal drzemie w nim diabelska dusza rajdowca — mówi generał Petelicki.

Charakter Janusza Kiljańczyka bywa też przedmiotem żartów...

— Choć zgromadził spory majątek, nie należy do rozrzutnych: kiedy ma wydać dwa złote, od razu dostaje zawału serca. Ale chyba to się zmienia, bo słyszałem, że ostatnio dał komuś w prezencie jedną, dosłownie, butelkę wina i obiecał drugą — śmieje się Jerzy Iwaszkiewicz, wieloletni przyjaciel Kiljańczyka.