
Niemcy nie odpuszczają węglowi. Rząd Angeli Merkel porozumiał się z wielką niemiecką energetyką, która zgodziła się wyłączyć największe bloki (o łącznej mocy 2,7 GW) opalane węglem brunatnym, czyli najbrudniejsze pod względem emisji gazów cieplarnianych. Nie za darmo — za 1,6 mld EUR RWE, Vattenfall i Minrag zgodziły się trzymać te bloki jeszcze przez cztery lata w rezerwie, czyli włączać je tylko w razie niedoborów prądu. Dla Polski oznacza to bolesne konsekwencje.
Dyktatura CO 2
Po pierwsze, źle to wróży polskim interesom na rynku praw do emisji dwutlenku węgla.
— Jest jasne, że niemiecki rząd dąży do maksymalnego uodpornienia energetyki na zmiany na tym rynku — zauważa Dorota Dębińska-Pokorska, szefowa pionu energetycznego w PwC. Niemieccy politycy są największymi orędownikami reformy rynku CO
2, która ma zaowocować wzrostem cen uprawnień. W interesie polskiego przemysłu, a zwłaszcza energetyki opartej na węglu, leży natomiast, by ich ceny były jak najniższe, bo wysokoemisyjne przemysły muszą kupować limity dwutlenku węgla na rynku. Dotychczas polskie oczekiwania były zbieżne z interesami niemieckiego przemysłu, stojącego w opozycji wobec rządu. Dla przykładu, europejską organizację Euracoal tworzą głównie firmy polskie i niemieckie. Porozumienie przemysłowców zza Odry z politykami zburzy ten sojusz. Niemieckie firmy na otarcie łez dostaną pieniądze.
— Tamtejszy rząd jest w stanie dużo zapłacić, aby zmniejszyć udział węgla w wytwarzaniu energii. Wybrał przecież rozwiązanie droższe od pierwotnie planowanego podatku węglowego — zauważa Joanna Maćkowiak-Pandera, szefowa think tanku Forum Analiz Energetycznych. Po drugie, Niemcy pokazują, że w obszarze surowcowym mają priorytety odmienne od polskich.
— Odchodzenie od węgla, który jest surowcem lokalnym i wzmacnia niezależność energetyczną kraju, oznaczać będzie większy popyt na import surowców energetycznych, czyli głównie gazu — zauważa, anonimowo, menedżer w jednej z wielkich polskich grup energetycznych. Tymczasem Polska od dawna stara się przekonać partnerów w Unii Europejskiej do polityki ograniczania importu, który w praktyce oznacza sprowadzanie surowców z Rosji. Na razie nie mamy sukcesów na tym polu: o promowanym przez Donalda Tuska projekcie Unii Energetycznej jest cicho, a niemieckie firmy mają plan zaangażowania się w budowę zupełnie nowego gazociągu Nordstream 2, łączącego Rosję bezpośrednio z Europą Zachodnią.
Samotność w Paryżu
Po trzecie, determinacja Niemiec wskazuje, że na zbliżającym się światowym szczycie klimatycznym w Paryżu Polska może być bardzo osamotniona. — Pierwsze kwartały tego roku pokazały, jak poważnie świat podchodzi do węgla. Plan ograniczenia wykorzystania tego surowca ogłosiły już nawet Chiny, po których spodziewano się największych oporów — zauważa Paweł Smoleń, były wiceprezes PGE i członek zarządu Erbudu.
Podobnego zdania jest Joanna Maćkowiak-Pandera. Przypomina, że kolejno zamykane są ostatnie kopalnie węgla kamiennego w Europie.
— Wiele krajów przebudowuje swój miks energetyczny — Wielka Brytania i Francja, ale też mniejsze: Dania, Hiszpania. Strategię stopniowego ograniczania zużycia węgla realizują też od ubiegłego roku podobne do nas Czechy — zauważa szefowa Forum Analiz Energetycznych.
Jej zdaniem, polski rząd powinien z tego wyciągnąć wnioski i opracować kompletną wizję „smart retirement”, czyli zasłużonej emerytury dla najmniej efektywnych bloków, które muszą być zastępowane nowymi, elastycznymi źródłami energii.
Polska nadal brunatna
— Decyzję Niemiec można odnieść do Polski, ale w perspektywie dwudziestoletniej — stwierdza Krzysztof Kubiszewski, analityk biura maklerskiego Trigon. Dziś Polska nie byłaby w stanie odejść od węgla brunatnego, bo chodziłoby o moc niemal 7000 MW (relatywnie nowa elektrownia PGE w Bełchatowie i w Turowie), których nie ma czym szybko zastąpić. Jedyną zmianą w polskiej polityce energetycznej jest coraz mniejsze prawdopodobieństwo budowy nowych kopalni odkrywkowych węgla brunatnego. Nie ze względu na emisje CO 2, ale protesty społeczne. Borykała się z nimi PGE, która myślała o budowie kopalni w Gubinie, problem ma też grupa ZE PAK ze swoim projektem w południowej Wielkopolsce.