Nieoczekiwane skutki dyrektywy transgranicznej

  • Alina Treptow
opublikowano: 10-07-2014, 00:00

Miały być tłumy pacjentów w polskich placówkach, są tłumne wyjazdy Polaków na leczenie.

Nasz kraj miał być jednym z głównych beneficjentów dyrektywy transgranicznej, która otworzyła medyczne granice w UE. W myśl jej zasad obywatele Unii mogą leczyć się w dowolnym kraju Wspólnoty. Nowoczesna infrastruktura, dobrzy lekarze i, co istotne, niższe ceny, miały przyciągnąć nad Wisłę tłumy pacjentów zza granicy. Tymczasem 94 proc. placówek medycznych przebadanych przez firmę badawczą PMR wskazuje na neutralny wpływ dyrektywy na ich funkcjonowanie. Tłumów pacjentów zza granicy nie ma — twierdzą przedsiębiorcy.

Zobacz więcej

FOT. Bloomberg

— Polska, a dokładniej polski rząd i Ministerstwo Zdrowia, była kompletnie nieprzygotowana na wejście dyrektywy. Nie tylko jeszcze jej nie wdrożono, ale też nie zrobiono nic, aby przyciągnąć pacjentów zza granicy. Gdzie np. jest publiczne centrum informacyjne z prawdziwego zdarzenia, które informuje i przekazuje informacje do wszystkich 26 krajów, we wszystkich obowiązujących w UE językach? Trudno, żeby robiły to pojedyncze placówki — uważa Andrzej Sokołowski, prezes Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Szpitali Niepublicznych. Prezes wskazuje, że świetnie przygotowali się Niemcy.

Według jego informacji, przy granicy z Polską można spotkać wiele placówek czekających na naszych pacjentów. Na miejscu dyżurują często polscy lekarze i pielęgniarki. Eksperci branży i przedsiębiorcy potwierdzają, że pacjenci, zamiast przyjeżdżać, …wjeżdżają.

— Chorzy z Polski coraz częściej wybierają leczenie w krajach, w których nie muszą czekać trzech lat na zabieg — mówi Roman Walasiński, prezes giełdowej sieci medycznej Swissmed.

Zgodnie z zapisami unijnej dyrektywy, za granicą pacjent płaci za usługę z własnej kieszeni. Jednak po powrocie do kraju przedstawia fakturę i Narodowy Fundusz Zdrowia (NFZ) powinien zapłacić za leczenie. Kwota nie może przekroczyć ceny obowiązującej w Polsce. Polski płatnik jest przezorny i postanowił się zabezpieczyć przed zalewem tego typu spraw. Wprowadził pewne ograniczenia, np. jeśli dane świadczenie medyczne wiąże się z pobytem w szpitalu dłuższym niż jeden dzień, wymagana jest zgoda płatnika. Nie wszyscy pacjenci się tym zniechęcają.

Pierwsze wyroki sądów pokazują, że racja jest po ich stronie. W czerwcu Sąd Rejonowy Kraków-Śródmieście nakazał małopolskiemu oddziałowi NFZ wypłacenie blisko 4 tys. zł (kwota obejmuje również odsetki) pacjentowi, który — nie chcąc czekać kilku lat w Polsce — przeprowadził zabieg w czeskim Cieszynie.

Płatnik już zapowiedział odwołanie się od wyroku. W tegorocznym budżecie na leczenie Polaków za granicą NFZ w związku z dyrektywą zarezerwował ok. 200 mln zł.

Polscy przedsiębiorcy zwracają uwagę na jeszcze jeden aspekt. — Gdy polski pacjent zrobi zabieg w prywatnej placówce, np. w Czechach, płatnik ma obowiązek zwrotu kosztów leczenia. Gdy zrobi to w analogicznej placówce w Polsce, nie może liczyć na zwrot — zauważa Andrzej Sokołowski. Roman Walasiński ma plan B. Uważa, że dodatkowych zysków trzeba poszukać nie na Zachodzie, ale na Wschodzie.

— Trudno nam będzie konkurować z bardzo popularną wśród zachodnioeuropejskich pacjentów Tajlandią — nie tylko kilka razy tańszą niż europejskie placówki, ale też będącą ciekawym kierunkiem turystycznym. Coraz bardziej interesujący jest natomiast kierunek wschodni. Widać rosnące zainteresowanie rynku rosyjskiego, np. kobiety z obwodu kaliningradzkiego coraz chętniej przyjeżdżają do Polski rodzić — mówi Roman Walasiński.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Alina Treptow

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu