Niepotrzebni mogą odejść i nie wracać

Adam Sofuł
opublikowano: 14-06-2007, 00:00

Jeszcze rok temu jego gwiazda świeciła mocnym blaskiem. Chociaż jego pozycja słabła, wciąż bił rekordy popularności i pełno go było w mediach. Dziś tylko z rzadka odezwie się ze swojej nudnej londyńskiej posady, a dla swoich partyjnych kolegów nie jest już wizytówką, ale kłopotem. Zarzucają mu, że chce skłócić Prawo i Sprawiedliwość i zamykają drogę powrotu do polityki. Wystarczył rok, by Kazimierz Marcinkiewicz z lidera (jeśli nie realnego, to przynajmniej nominalnego) stał się outsiderem i ciałem obcym.

Stwierdzenie marszałka Sejmu Ludwika Dorna, że były premier zanadto się od Prawa i Sprawiedliwości oddalił, nie odnosi się rzecz jasna do obecnego (istotnie odległego od partyjnej centrali) miejsca pracy byłego premiera. Chodzi raczej o to, że Kazimierz Marcinkiewicz coraz częściej krytykuje swoich byłych już kolegów. Czy przemawia przez niego gorycz, że stracił posadę premiera, czy też po prostu z Londynu lepiej widać nasze krajowe podwórko. Po części tak, ale prawdziwa przyczyna owego rozwodu partii z byłym premierem tkwi gdzie indziej. To nie Kazimierz Marcinkiewicz się aż tak zmienił, to zmieniło się Prawo i Sprawiedliwość.

Zamieszanie wokół Marcinkiewiczapojawiło się w momencie, gdy PiS, LPR i Samoobrona kończą prace nad aneksem do umowy koalicyjnej. To zapewne przypadek. Ale znamienny. Od kilku miesięcy — a ściślej od nieudanego wyrzucenia z rządu Andrzeja Leppera — widać wyraźny wzrost znaczenia koalicyjnych partnerów PiS. W sondażach mają niewiele do powiedzenia i czasem plasują się poniżej progu wyborczego, w koalicji — wręcz przeciwnie. Czasem żądania koalicjantów okazują się dla premiera Jarosława Kaczyńskiego zbyt wygórowane i wtedy pojawiają się plotki o wcześniejszych wyborach. Koalicjanci troszkę się cofają i tak aż do następnego kryzysu. Jednak wszystkie te manewry i podchody doprowadzają do sytuacji, w której te trzy partie stapiają się ze sobą. To, że PiS mimo fatalnych notowań rządu nie traci poparcia, wynika z tego, że odbiera głosy swoim koalicyjnym partnerom. Wie jednak, że bez nich rządzić nie może i niekoniecznie chce — Jarosławowi Kaczyńskiemu od lat marzyło się stworzenie bloku ludowo-narodowego i — jeśli wierzyć „Rzeczpospolitej” — aneks do umowy koalicyjnej będzie poważnym krokiem do realizacji tego celu.

Do tego Kazimierz Marcinkiewicz jest już nie tylko zbędny. Jest balastem. Został premierem w okresie, gdy Jarosław Kaczyński brał jeszcze pod uwagę koalicję z Platformą Obywatelską (albo chciał przynajmniej, żeby na to wyglądało). W bloku ludowo-narodowym już się mniej mieści, a jego — już wcześniej mało prawdopodobny — powrót do polityki mógłby być zalążkiem wewnątrzpartyjnej opozycji. Marcinkiewicz na aucie to dla PiS znacznie lepsze rozwiązanie. I tylko jeden mały kłopot — że do IV RP nie pasuje jej pierwszy premier.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Adam Sofuł

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu