Zrozumienie przez przeciętnego Polaka, który ma zamiar zadłużyć się na kilkadziesiąt bądź kilkaset tysięcy złotych, podstawowych zasad funkcjonowania rynków finansowych — a w tym przypadku walutowego — podstaw ekonomii i mechanizmów, z jakimi mamy do czynienia w gospodarce, jest wręcz koniecznością.
To prawda, że państwo ma obowiązek wspierać, informować, a także edukować. Ale w żadnym stopniu nie może ponosić odpowiedzialności za podejmowane przez obywateli decyzje. Przecież kredyt walutowy ściśle wiąże się z ryzykiem walutowym, o czym wspominają bankowi doradcy. Jest to zresztą na tyle prosty mechanizm, że również niebędący ekspertem w dziedzinie finansów kredytobiorca pojmie z pewnością, dlaczego danego dnia rata jego kredytu wzrosła.
Państwo nie może ponosić odpowiedzialności za podejmowane przez obywateli decyzje.
Państwo polskie nie może pozwolić sobie na wspieranie tylko części kredytobiorców. Mało tego, państwo polskie nie powinno wyciągać pomocnej dłoni do kredytobiorców w ogóle, szczególnie jeśli mamy na myśli działania doraźne, które obecnie coraz częściej stają się argumentem w przedwyborczej walce.
Nie jest też prawdą, że polskie organy nadzoru nic w sprawie kredytów nie robią. Komisja Nadzoru Finansowego już od 2007 r. bacznie analizuje sytuację, wydając konkretne oświadczenia oraz wprowadzając w życie założenia kolejnych rekomendacji. Konsekwencją właśnie takich działań jest stabilna sytuacja polskiego systemu bankowego, który choć w skali europejskiej zarządzany jest dość konserwatywnie, stał się odporny na zawirowania w gospodarce i na rynkach finansowych.