Niezwykłe auta prezesów

Kamil Kosiński
19-11-2007, 00:00

Niezwykłe

Ich pasją są samochody. Niekoniecznie limuzyny prestiżowych marek.

Szef poważnej firmy nieodparcie kojarzy się z solidną limuzyną. Krzysztof Trześniewski, prezes Promeximu-Investu, ma ich nawet trzy. Każda to mercedes z górnej półki. Niewielu jest jednak takich, którzy mogą się pochwalić podobnymi wozami. Najmłodsza limuzyna Krzysztofa Trześniewskiego liczy 16 lat. Dwie pozostałe zapracowały nawet na żółte tablice rejestracyjne, przysługujące tylko autom zabytkowym. Nie są to jednak maszyny bardzo stare, lecz modele 116 i 126 rodem z lat 70. i 80. XX w.

— Nie jestem historykiem. Moje samochody mają jeździć. Nie zbieram ich dla samego zbierania, ale chcę się nimi cieszyć, a w najmłodszym z moich mercedesów jest już m.in. ABS — podkreśla Krzysztof Trześniewski.

Czy nie łatwiej byłoby się cieszyć nowym autem, prosto z salonu?

— Moje auta są prawdziwe. Nie do pomylenia z innymi. Kiedy powstawały, każda fabryka robiła jeszcze swoje samochody — Mercedes mercedesy, BMW bmw, Jaguar jaguary. A dzisiaj? Unifikacja podzespołów i komputerowe projektowanie doprowadziły do tego, że widząc nowy kształt, nie wiemy, co to za marka, dopóki nie spojrzymy na znaczek — zaznacza Krzysztof Trześniewski.

Spełnienie marzeń

Poza limuzynami szef Promeximu-Investu ma jeszcze jednego mercedesa. Coupé z 1978 r.

— Samochód marzeń mojej młodości. Oglądałem go wtedy tylko na zdjęciach — wspomina.

Nie tylko dla niego zakup określonego samochodu był realizacją dziecięcych marzeń.

— Autami terenowymi interesowałem się od lat młodzieńczych. Na początku lat 90., gdy zająłem się biznesem i zacząłem lepiej zarabiać, kupiłem sobie mitsubishi pajero. Wtedy rzadkość. Cztery sztuki w Polsce jeździły — opowiada Sławomir Chłoń, prezes spółki Organic Farma Zdrowia, niegdyś szef Computerlandu.

Szybko zrozumiał, że w marzeniach o aucie terenowym nie chodzi o błyszczącą maskę i wygodną kabinę. Kupił pamiętającego wojnę czapajewa. Zapisał się do Automobilklubu Rzemieślnik. Zaczął startować w rajdach terenowych. Pierwsze w miarę dobre wyniki sprawiły, że zamienił czapajewa na używanego jeepa wranglera. Albo był w pierwszej trójce, albo w ogóle nie dojeżdżał do mety. W 1999 r. kupił nowego wranglera.

— Samochód był bezawaryjny, a moje umiejętności rosły. W sezonie 1999 wygrałem siedem z ośmiu eliminacji mistrzostw Polski. Nie zdobyłem tytułu tylko dlatego, że według regulaminu do jego przyznania konieczne było sklasyfikowanie na koniec sezonu o jedną załogę więcej, niż brało udział w rajdach — żali się Sławomir Chłoń.

Moc to nie wszystko

W 2000 r. uczestników zawodów było już więcej. Sławomir Chłoń został mistrzem klasy 01 obejmującej samochody o pojemności silnika do dwóch litrów i wicemistrzem w klasyfikacji generalnej. Na następny rok zaplanował walkę o tytuł mistrza Polski w klasyfikacji generalnej. Nie udało się.

— Zmieniłem samochód. W jeepa włożyłem 360-konny silnik z corvetty. Takim autem dawało się jechać fantastycznie szybko, ale na wertepach inne elementy nie wytrzymywały — mówi Sławomir Chłoń.

O tym, że przygotowanie sportowego auta nie jest łatwe, przekonał się też Marcin Blauth, prezes firmy No Limit i zdobywca tytułu King of Europe 2007 w wyścigach na jedną czwartą mili. Jego gmc typhoon to istne monstrum. 1300 KM pod maską. Cztery razy więcej niż w wersji fabrycznej.

— Nie jest sztuką zwiększenie mocy silnika, lecz przygotowanie samochodu do przeniesienia tej mocy na koła. Wyścigami na ćwierć mili zainteresowałem się w 2003 r. Mój samochód nie wyjechał wtedy nawet z warsztatu. Lata 2004-05 to także nieustanna walka z usterkami — kilkakrotna zmiana skrzyń biegów, pękające półosie i mosty, źle dobrane przełożenia — wylicza Marcin Blauth.

W 2006 r. osiągnął niekwestionowany sukces. Pobił rekord Polski. Czas 9,36 sekundy. Do dziś zszedł do 9,18 sekundy. Oznacza to, że jego auto ze startu zatrzymanego do 100 km/h rozpędza się w 2,1-2,2 sekundy. Na osiągnięcie 200 km/h potrzebuje 6 sekund.

— Choć ludzie się śmieją, że mój samochód wygląda jak kontener lub kiosk z gazetami, to do pierwszego zakrętu nawet Formuła 1 nie ma z nim szans. Gdybym stanął na skrzyżowaniu obok porsche, to jego kierowca od razu zobaczyłby moje tablice rejestracyjne. Tylne, rzecz jasna — rozmarza się Marcin Blauth.

Do podejmowania takich prób raczej nie ma okazji. Mimo że jego auto ma wszystko, co niezbędne w zwykłym ruchu drogowym, rocznie przejeżdża zaledwie od 50 do 100 km. Na każdy przejechany kilometr potrzebuje przynajmniej dwóch litrów paliwa. Mimo że potężne, nie przydałoby się Piotrowi Kukurbie, byłemu prezesowi Górnośląskiego Zakładu Energetycznego i spółek PSE Operator i PSE Południe. W swojej toyocie land cruiser zmienił zawieszenie, zderzaki, koła, zamontował wyciągarkę i kilka innych elementów, a następnie — wraz z grupą znajomych — ruszył na wielką wyprawę po bezdrożach północnej Azji.

Rodzinna zabawa

— Samochody wysyłaliśmy do Rygi, a potem pociągami do Irkucka. Dopiero tam usiadłem za kierownicą. Południowa strona Bajkału, Mongolia, góry Ałtaj, Nowosybirsk, Omsk, Jekaterynburg, Niżnyj Nowgorod, Katyń, Mińsk, Nowogródek — kreśli trasę Piotr Kukurba.

Półtora miesiąca w samochodzie. Razem z żoną.

O tym, że auto terenowe umożliwia spędzanie czasu z rodziną, przekonał się również Sławomir Chłoń. Porzucił starty w mistrzostwach Polski samochodów terenowych i land roverem defenderem zaczął jeździć w imprezach o charakterze przeprawowo-turystycznym. W 2004 r. na Syberię i w 2006 r. do Maroka rodziny nie zabrał, ale w polskich rajdach bawi się wspólnie z 18-letnią córką, a nawet 10-letnim synem, jeżdżącymi w charakterze pilotów.

— Na udział mojego syna w rajdach przeprawowo-turystycznych organizatorzy różnie patrzą. Ale wiedząc, że nie jestem nowicjuszem za kierownicą samochodu terenowego, raczej nie robią problemów — mówi Sławomir Chłoń.

Tym bardziej że młody pilot się sprawdza. Raz już nawet wygrał rajd, w którym startował wraz z ojcem. n

Sztuka w przeniesieniu

Wyścigami na jedną czwartą mili Marcin Blauth zainteresował się w 2003 r. Ale do 2006 r. jeździł niewiele. Czas spędzał głównie w warsztacie. Kilkakrotnie zmieniał skrzynie biegów, pękające półosie i mosty, źle dobrane przełożenia. Dopiero w 2007 r. sięgnął po najwyższe laury i zdobył tytuł King of Europe. O tym, że właściwe przygotowanie pojazdu to podstawa sukcesu przekonał się również Sławomir Chłoń. Gdy do jeepa wranglera wstawił silnik z corvetty, jeździł fantastycznie szybko, ale na trasach rajdów terenowych nie wytrzymywały inne elementy i nie kończył zawodów. Doświadczenia nauczyły ich, że nie sztuką jest zwiększenie mocy silnika, lecz przygotowanie samochodu do przeniesienia mocy na koła.

Syberia pociąga Polaków

Południowa strona Bajkału, Mongolia, góry Ałtaj, Nowosybirsk, Omsk, Jekaterynburg, Niżnyj Nowgorod, Katyń, Mińsk, Nowogródek — tę trasę, wraz z żoną pokonał toyotą land cruiser Piotr Kukurba, były prezes Górnośląskiego Zakładu Energetycznego, PSE Operator i PSE Południe. Landroverem w 2004 r. na Syberię wybrał się też Sławomir Chłoń.

Motoryzacyjne liczby

2,1-2,2

sekundy Tyle potrzebuje auto Marcina Blautha, by rozpędzić się do 100 km/h.

10

lat Tyle ma syn Sławomira Chłonia. W roli pilota wygrał razem z ojcem kierowcą jeden z rajdów przeprawowych.

4

sztuki Tyle mercedesów rodem z lat 70. i 80. ma Krzysztof Trześniewski.

Demon szybkości

Auto, którego Marcin Blauth używa w wyścigach na jedną czwartą mili wygląda jak każda amerykańska półciężarówka. Z seryjnego gmc typhoona zostało w nim jednak niewiele. W zasadzie tylko karoseria, która sprawia, że jak mówi jego właściciel, auto przypomina kontener lub kiosk Ruchu. Pod maską czai się jednak 1300 KM. Tak mocny silnik sprawia, że wyścigowy odcinek jednej czwartej mili pokonuje w 9,18 s. Z osiągów auta jego właściciel korzysta rzadko. Mimo że samochód ma wszystko, co niezbędne w zwykłym ruchu drogowym, rocznie przejeżdża zaledwie od 50 do 100 km. Winne jest temu zużycie paliwa. Na każdy przejechany kilometr gmc typhoon prezesa No Limit potrzebuje przynajmniej dwóch litrów paliwa.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Kamil Kosiński

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Niezwykłe auta prezesów