Jak wynika z analizy amerykańskiego ośrodka Dalbar, przeciętny inwestor, który w ciągu ostatnich 30 lat trzymał amerykańskie fundusze akcji, zarabiał zaledwie 3,7 proc. rocznie. To zaledwie jedna trzecia zysków, jakie co roku przynosił indeks S&P500. Zdaniem Jasona Zweiga, komentatora dziennika Wall Street Journal, przyczyną tak słabych wyników jest fakt, że inwestorzy wycofywali swój kapitał, by sfinansować takie życiowe wydatki jak spłata kredytu hipotecznego, opłata czesnego dla dzieci, czy pokrycie kosztów emerytury. Często zapewne nie robią tego w najlepszym momencie, ale wtedy, kiedy ceny aktywów są zaniżone.
Już same fundusze mają gorsze wyniki od indeksu. Same opłaty za zarządzanie i inne koszty pogarszają wyniki inwestorów o 1 punkt procentowy. Największym grzechem jest jednak to, że inwestorzy próbują gonić uciekający rynek. Kupują jednostki funduszy po tym, jak pokażą one pasmo dobrych wyników. Sprzedają zaś po długim okresie zawodzących wyników.
Czy te wszystkie czynniki mogą jednak sprawić, że stopy zwrotu osiągane przez inwestorów będą pozostawały aż tak daleko w tyle? Zdaniem niektórych specjalistów równie duże znaczenie ma użyta przez Dalbar metoda. Punktem odniesienia do obliczenia stóp zwrotu jest kapitał zgromadzony w funduszach na koniec okresu, a przecież nie pracował on przez cały okres analizy.
Choć inwestorzy może nie są może aż tak słabi w inwestowaniu, jak wskazuje badanie, to jednak przed konsekwencjami stadnych zachowań nie uchronią się nawet najbardziej świadomi inwestorzy. Skłonność do gonienia uciekającego rynku mają nawet profesjonalni zarządzający. Czasami wręcz nie ma możliwości jej nie ulec. Jeśli rynek jest rozgrzany do czerwoności, najprawdopodobniej także zarządzający naszym funduszem będzie po prostu zmuszony kupować przewartościowane spółki.
