Działające na rynku od 22 lat Nomi, którego właścicielem jest fundusz i4ventures, w połowie marca postawiono w stan upadłości likwidacyjnej. Spółka, która od 2011 r. regularnie przynosiła straty i musiała zamykać sklepy, od ponad roku próbowała spłacić wierzycieli w ramach układu.
— Po analizie sytuacji Nomi można było założyć, że układ nie zostanie zrealizowany. Sąd przychylił się do wniosku o postawienie spółki w stan upadłości likwidacyjnej — mówi Grzegorz Tutaj, syndyk, a wcześniej nadzorca sądowy Nomi.
Spółka złożyła wniosek o upadłość pod koniec 2013 r. Wcześniej fiaskiem zakończyły się próby pozyskania nowego inwestora. Jak pisaliśmy w ubiegłym roku, długi Nomi sięgały około 130 mln zł, a wśród największych wierzycieli był m.in. Alior Bank. Wtedy pod szyldem Nomi działało 25 marketów w 13 województwach. Dziś jest ich 16 — w tym czasie do kilku placówek, opuszczonych przez Nomi, wprowadzili się konkurenci z Bricomarche. Kolejne sklepy mogą zniknąć wkrótce — planowane jest już zamknięcie placówki w Piotrkowie Trybunalskim. Według syndyka, ten los nie musi spotkać wszystkich sklepów Nomi.
— Działania restrukturyzacyjne, które podjął zarząd spółki, zaczynają przynosić efekty. Kontrahentów poinformowano, że rentowne placówki będą nadal działać — mówi Grzegorz Tutaj.
Nomi w ciągu dwóch dekad wielokrotnie przechodziło z rąk do rąk. Pierwszy sklep ruszył w 1993 r. w Kielcach. Wtedy za siecią stał Michał Sołowow, dziś jeden z najbogatszych Polaków. W 1996 r. spółka pojawiła się na GPW. Większościowy pakiet w Nomi w 1998 r. kupił brytyjski koncern Kingfisher, właściciel marki Castorama. W 2001 r. Brytyjczycy zdjęli spółkę z giełdy, a dwa lata później sprzedali sklepy Nomi — wtedy było ich 39 — funduszowi Enterprise Investors za 45 mln zł. W 2007 r. właścicielem sieci zostało i4ventures. © Ⓟ