Normy ekologiczne mogą odstraszyć inwestorów

Krzysztof Buczek
opublikowano: 2002-11-07 00:00

Rozporządzenie dotyczące jakości gleb ma luki, a zawarte w nim normy ekologiczne są za ostre — twierdzą specjaliści z firmy WS Atkins. Wielu właścicieli nieruchomości może stanąć przed koniecznością poniesienia sporych wydatków na rekultywację gruntów.

19 października weszło w życie rozporządzenie ministra środowiska, wprowadzające trzy poziomy norm ekologicznych dla nieruchomości.

Przepisy wyglądają niewinnie. Jednak w przypadku normy A, najbardziej rygorystycznej, ma zastosowanie prawo wodne. Ochronie podlega zatem m.in. każdy obszar ochrony pośredniej ujęć wody (w których czas przepływu wody od granicy do ujęcia wynosi minimum 25 lat). Normą A mogą być również objęte — na mocy decyzji dyrektora regionalnego zarządu gospodarki wodnej — obszary ochronne dla zbiorników śródlądowych.

— Wielu właścicieli nieruchomości nie wie, iż tam, gdzie stoi należący do nich zakład przemysłowy czy magazyn, trzeba będzie stosować jedne z najostrzejszych na świecie norm czystości gruntu. Ich ustalenie na takim poziomie nie było wystarczająco skonsultowane z praktykami — twierdzi Piotr Syryczyński, główny specjalista w WS Atkins Polska, firmie notowanej na giełdzie w Londynie, zajmującej się m.in. ochroną środowiska, infrastrukturą i gospodarką wodno-ściekową.

Jeśli Inspekcja Ochrony Środowiska stwierdzi, że grunt nie spełnia norm, właściciel będzie musiał go zrekultywować. Chyba że udowodni, iż winny jest ktoś inny.

— Treść rozporządzenia była ustalona z wieloma instytutami, m.in. Instytutem Ekologii Terenów Przemysłowych. Normy są niższe niż standardy wielu krajów UE — ripostuje Małgorzata Szymborska z departamentu inwestycji i rozwoju technologii resortu środowiska.

Specjaliści mają wątpliwości.

— Nie wiadomo m. in., czy tereny przy drogach wojewódzkich, znajdujące się w strefie pośredniej ujęć wody, powinny spełniać normy A czy C. Albo jak traktować zakłady produkcyjne położone w strefie ochronnej miejskich ujęć wody? — zastanawia się Robert Adamczyk, dyrektor ds. ochrony środowiska w firmie WS Atkins Polska.

— Klasyfikacja gruntów do norm A, B i C powinna pokrywać się z miejscowymi planami zagospodarowania przestrzennego — wyjaśnia Małgorzata Szymborska.

Jednak większość gmin takich planów nie ma.

— Niektórzy chcieliby zrobić z Polski skansen. Rygorystyczne normy ochrony środowiska mogą tylko skomplikować procesy inwestycyjne i zniechęcić do poważnych przedsięwzięć — komentuje Zygmunt Janiec, dyrektor generalny Izby Przemysłowo-Handlowej Inwestorów Zagranicznych.

Zdaniem Roberta Adamczyka, luki i restrykcyjne normy mogą zniechęcić inwestorów do Polski i skłonić ich do lokowania zakładów np. w Czechach czy na Węgrzech, gdzie normy są łagodniejsze.

— Inwestowanie na terenach poprzemysłowych wiąże się z większymi nakładami na dodatkową ochronę gruntu i tworzeniem rezerw np. na przywrócenie jakości skażonej glebie. Może to skłaniać do inwestowania na terenach np. rolniczych — sądzi Robert Adamczyk.

— Inwestycje na terenach rolniczych i leśnych wymagają kosztownej zmiany ich przeznaczenia. Warto negocjować cenę zanieczyszczonego gruntu z gminami, które najczęściej są właścicielem atrakcyjnych terenów przemysłowych — radzi Małgorzata Szymborska.