Nowy regulator, stare napięcia

W transakcjach wewnątrzgrupowych spółki sprzedają prąd taniej niż na giełdzie. Dlatego URE zakwestionowało koszty pokazane we wnioskach taryfowych.

To pierwsze „prądowe” decyzje taryfowe Rafała Gawina, który latem tego roku został powołany na stanowisko prezesa Urzędu Regulacji Energetyki. Jego poprzednik, Maciej Bando, kończył kadencję w atmosferze tarć ze spółkami obrotu oraz z ministrem energii. Jego następca od tarć zaczyna.

Zobacz więcej

FOT. ISTOCK

W środę Rafał Gawin ogłosił, że zatwierdzenie taryfy sprzedaży energii, czyli cen prądu dla odbiorców indywidualnych, uzyskał od URE tylko Tauron. PGE, Enea i Energa dostały zaś uwagę, że regulatorowi nie podobają się szacunki kosztów. Nie przysłały korekty.

- Oznacza to, że w 2020 r. te trzy firmy wejdą z cenami z 2018 r. Oznacza to dla nich faktyczne zamrożenie cen – komentował wczoraj Rafał Gawin.

Regulator powątpiewa
Postępowanie taryfowe polega na tym, że sprzedawcy energii przedstawiają regulatorowi koszty działania i oczekiwania co do przychodów. Regulator albo to zatwierdza, albo odsyła wniosek do poprawki. Odsyła przykładowo wtedy, gdy uważa, że niektóre koszty nie są uzasadnione.

Właśnie tak stało się w obecnej rundzie taryfowej. Prezes URE podał, że jego wątpliwości wzbudziły trzy elementy kosztów: koszty własne, koszt zakupu świadectw pochodzenia oraz koszt zakupu energii elektrycznej.

Największą wagę w tej trójce mają ceny energii. Zakwestionowanie ich może zaskakiwać, skoro firmy są zobowiązane sprzedawać 100 proc. energii na giełdzie, a giełda z zasady jest transparentna.

- Od obliga są pewne wyłączenia – przypomina jednak Rafał Gawin.
Tłumaczy, że URE monitoruje rynek transakcji pozagiełdowych i publikuje związane z nim wskaźniki cenowe.

- W ostatnim czasie cena energii poza giełdą kształtowała się na poziomie 213 zł, a na giełdzie na poziomie 280 zł za MWh. Widać więc, że poza giełdą można kupić taniej – zauważa Rafał Gawin.

Na rynku transakcji pozagiełdowych „dużą część obrotów”, według słów prezesa URE, stanowią transakcje wewnątrzgrupowe. To takie transakcje, w których np. elektrownie PGE sprzedają wytworzoną energię spółce obrotu też należącej do PGE.

Ze wskazanej przez prezesa URE różnicy cen można więc wnioskować, że swojej spółce producent sprzedaje taniej niż na wolnym rynku, czyli na giełdzie. Dlatego regulator zakwestionował koszty zakupu energii pokazane we wnioskach taryfowych.

Dobrowolna zamrażarka
Tylko Tauron zgodził się zmodyfikować wniosek taryfowy. To jednocześnie spółka o bardzo napiętej sytuacji finansowej. Dostała zgodę na podniesienie cen prądu (sprzedaż plus dystrybucja) o 12 proc., czyli o nie więcej niż 9 zł miesięcznie.

PGE, Enea i Energa na razie korekt nie przysłały. Mogą to zrobić w każdej chwili, ale na podniesienie cen 1 stycznia już nie zdążą. Z przepisów wynika, że w 2020 r. wejdą z cenami z… 2018 r. To dlatego, że w 2019 r. taryfy nie obowiązywały – zastąpiła je ustawa zamrażająca ceny energii elektrycznej na poziomie z połowy 2018 r.

W drugiej połowie 2018 r. i w całym 2019 r. ceny energii rosły. W 2019 r. rząd rekompensował spółkom negatywne efekty wzrostu, ale w 2020 r. nie planował – na razie – tego robić. To by oznaczało, że w 2020 r. PGE, Enea i Energa będą ponosiły straty na sprzedaży prądu w segmencie odbiorców indywidualnych.

Czytaj również: "Sasin po decyzji URE: rząd zaproponuje rekompensaty dla odbiorców prądu">>

- Firmy, które nie skorygowały wniosków taryfowych, wzięły na siebie świadomie to dodatkowe ryzyko uzyskania niższych przychodów – podkreśla Rafał Gawin.


© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Magdalena Graniszewska

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy