O kohabitacji nie ma mowy

opublikowano: 02-06-2015, 00:00

Do październikowych wyborów parlamentarnych nie ma w Polsce mowy o żadnej kohabitacji, czyli współzamieszkiwaniu politycznych rywali w jednym domu władzy

Już pierwsze dni publicznego funkcjonowania prezydenta elekta Andrzeja Dudy potwierdzają, że w okresie do październikowych wyborów parlamentarnych nie ma w Polsce mowy o żadnej kohabitacji, czyli współzamieszkiwaniu politycznych rywali w jednym domu władzy.

Na szczęście nie będą się poszturchiwać w tej samej ciasnej windzie, jako że Prawo i Sprawiedliwość przejmuje 6 sierpnia Duży Pałac przy Krakowskim Przedmieściu, a Platforma Obywatelska utrzymuje w rękach Mały Pałac przy Alejach Ujazdowskich. Płomień walki między nimi rozgorzeje na całego od dnia złożenia przez nową głowę państwa przysięgi, ale najbliższe dwa miesiące również będą niespokojne.

Oba ośrodki mają równoprawny mandat społeczny do rządzenia w swoich konstytucyjnych zakresach.

Niecierpliwe PiS oczywiście zakłada przejęcie od października władzy również w parlamencie i utworzenie rządu, co formalnie może się ziścić dopiero w listopadzie. Do tego czasu ekipa PO-PSL ma wszystkie możliwości i uprawnienia wynikające z ustroju parlamentarno-gabinetowego. Rzecz jasna mandat Andrzeja Dudy jest świeżutki, a mandat koalicji rządowej już bardzo mocno zużyty. Jednak konstytucyjnie wciąż ważny, aż do dnia powołania przez nowego prezydenta nowego gabinetu po wyborach.

Symbolem niemożności osiągnięcia porozumienia okaże się nawet kwestia… zarządzenia wyborów do Sejmu i Senatu. Zgodnie z kodeksem wyborczym odbędą się one w którąś z trzech niedziel: 11, 18 lub 25 października. Czwarty teoretyczny termin to Wszystkich Świętych, zatem odpada. Konkretną datę wybiera wydający postanowienie prezydent RP.

I na horyzoncie już rysuje się ostry spór kompetencyjno-prestiżowo-polityczny. Wspomniane postanowienie musi zostać wydane najpóźniej 9 sierpnia, ale głowa państwa może to zrobić nieco wcześniej. Andrzej Duda składa przysięgę i przejmuje urząd w czwartek 6 sierpnia. A zatem istnieją dwie możliwości — albo Bronisław Komorowski zarządza wybory rzutem na taśmę i swoim ostatnim podpisem państwowym 5 sierpnia, albo zostawia to następcy, dla którego będzie to 6 czy 7 sierpnia jeden z pierwszych podpisów za prezydenckim biurkiem.

Poziom skonfliktowania obu stron raczej wyklucza osiągnięcie w tej kwestii porozumienia. Zwłaszcza że problem nie ogranicza się tylko do wątku prestiżowego czy technicznego. Spośród możliwych terminów głosowania najlepszy jest oczywiście najwcześniejszy, czyli niedziela 11 października. Ciut dłuższy dzień, większe prawdopodobieństwo sprzyjającej frekwencji pogody, poza tym każdy tydzień szybszego ukonstytuowania się nowego parlamentu i rządu ma znaczenie dla procedowania nad budżetem 2016.

Ale w kręgach PO preferowany jest 18 października, tak jakby tydzień zwłoki miał znaczenie. Można sobie zatem wyobrazić i taką sytuację, że 5 sierpnia prezydent odchodzący wydaje postanowienie o zarządzeniu wyborów na 18 października, a 7 sierpnia obejmujący urząd zdąża z postanowieniem o zmianie postanowienia i przesuwa termin na 11 października. Zarysowuję scenariusz tylko na pozór kabaretowy, od 24 maja na szczytach władzy w Polsce naprawdę wszystko jest możliwe…

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu