Dobrze, że wreszcie Sejm urodził ustawę o swobodzie działalności gospodarczej. Źle, gdyby to oznaczało „odfajkowanie” problemu. Problem tworzenia w Polsce klimatu dla przedsiębiorczości istnieje nadal. Piekło przedsiębiorcy jest wybrukowane dobrymi, regulacyjnymi intencjami. Nowy akt swobody może się łatwo zagubić pośród starych barier, zarówno finansowej, jak i biurokratycznej natury.
Skoro ożywienie przyszło bez pomocy ustawy o swobodzie działalności gospodarczej, to zasadnicze pytanie dotyczy zdolności tworzenia nowych miejsc pracy. Jest to główny problem w kraju, który bije europejskie rekordy bezrobocia. Niestety, ustawa o swobodzie gospodarczej nie obniża kosztów pracy. W tej materii panuje koncepcyjny zamęt. Pomysły kredytu ZUS dla nowych biznesów czy obniżenia stawek dla pracowników kontrastują z zamysłem większego obciążenia pracodawców. Jest informacyjny szum, nie ma przełomu. Na czym miałby polegać przełom? Musi oznaczać samozatrudnienie. Ale nie fikcyjne, w celu zaoszczędzenia na ZUS. Prawdziwe. Takie, które dźwignęło Polskę na progu lat 90. Kiedy młodzi i starsi nie czekali na ofertę pracy, lecz szukali pomysłu na własny biznes. Kiedy w akademikach wyższych uczelni rodziły się inicjatywy pokroju Wirtualnej Polski.
Musi wrócić klimat wiary w biznesowe szanse, oparte na pomyśle, w drodze do pozyskania kapitału. Żeby tak się stało, nie wystarczą ustawy. Rozstrzyga edukacja — formowanie etosu samodzielności i odpowiedzialności młodego pokolenia...
Autor jest posłem do PE