Wbrew medialnym spekulacjom, woźnica rządowych sań Donald Tusk na razie postanowił nikogo nie strącać na pożarcie opozycyjnym wilkom. Zwłaszcza że wataha chce rzucić się na całe sanie wnioskiem o konstruktywne wotum nieufności. Premier zdecydował jednak wzmocnić zaprzęg, awansując ministra Jacka Rostowskiego na wiceprezesa Rady Ministrów.
W dziejach III Rzeczypospolitej dwóch wicepremierów to właściwie norma. Epizodycznie bywało ich nawet trzech, a od politycznego obyczaju odstawał ostatni okres, gdy wiceszef rządu był jeden. Pierwszy raz jednak obaj dzierżą tak zbliżone teki ministerialne: gospodarki i finansów. Do tej pory, gdy jeden wicepremier kierował którymś z wymienionych resortów, drugi pochodził z zupełnie innej sfery: sprawy wewnętrzne, praca i sprawy społeczne, a czasem nie miał teki. W tej kwestii nie istnieje u nas żadna tradycja czy zasada, taka jak na przykład w Niemczech, gdzie szef mniejszej partii koalicyjnej zostaje z automatu wicekanclerzem i ministrem spraw zagranicznych.
Finanse publiczne oraz złoty teoretycznie powinny skakać do góry. Na pierwszy rzut oka premier przyjął za własną dewizę „Gospodarka, głupcze!” i dowartościował tę część rządu. Ale od razu pojawia się problem, zarysowany w tytule. Przez pięć lat Jacek Rostowski w randze „tylko” szeregowego ministra często ścierał się ostro z „aż” wicepremierem Waldemarem Pawlakiem. Obsada Ministerstwa Gospodarki się zmieniła, ale po formalnym zrównaniu uprawnień obu koni woźnica naprawdę musi mocno trzymać rządowe lejce…