Od dzisiaj już z górki

Jacek Zalewski
24-06-2008, 00:00

Pięcioletnia kadencja drugiego prezydenta Trzeciej Rzeczypospolitej (taka nazwa oficjalnie występuje od roku 1997 w preambule Konstytucji RP) Lecha Kaczyńskiego od dzisiaj toczy się już z górki. Bal połówkowy przypadł 23 czerwca, jako że 23 grudnia 2010 r. ślubowanie złoży… No, właśnie — ta obecna czy całkiem nowa głowa państwa?

Półmetek powinien być okazją do — jak mawia satyryk Jan Pietrzak — zasłużonych podsumowań i owocnych retrospekcji. Punktem odniesienia wypadałoby przyjąć programowe orędzie prezydenta Kaczyńskiego, wygłoszone 23 grudnia 2005 r., zaraz po przysiędze, wobec Zgromadzenia Narodowego. Oto nieliczne słowa dotyczące szeroko rozumianego obszaru bliskiego „Pulsowi Biznesu”: „Podejmę wysiłki zmierzające do umocnienia społecznych podstaw całego procesu przemian, a w szczególności nowej polityki gospodarczej. Polsce potrzebna jest swego rodzaju umowa społeczna, która określi na następne lata sposób dzielenia wspólnego dorobku”. Chwalebność owego zamiaru podaje rękę ułomności jego wykonania.

Jest to tym dziwniejsze, że przez całe dwa lata Lech Kaczyński miał cieplarniane warunki sprawowania prezydentury, dysponując własnym rządem — nie tylko politycznie, lecz także rodzinnie. Z drugiej strony — zdominowanie przez starszego o 45 minut brata Jarosława jawi się nieszczęściem Lecha. W każdym razie — przyzwyczajony do braterskiego współrządzenia przez komórkę, przez ostatnie pół roku prezydent zupełnie nie umie się odnaleźć w warunkach ostrej konfrontacji z premierem Donaldem Tuskiem — osobistym rywalem z roku 2005 oraz w nadchodzącym 2010.

Na półmetku prezydentury można postawić tezę, że historia nie uzna jej ani za dobrą, ani za złą, lecz za beznadziejnie bezbarwną. Nie polityczne, lecz zwyczajnie ludzkie predyspozycje Lecha Kaczyńskiego zupełnie nie pasują do epoki gwałtownego przyspieszenia technologicznego oraz wszechobecności mediów elektronicznych. Dlatego nawet trudno się dziwić, że w okolicznościowych refleksjach prezydenta przeważa lament nad niesprawiedliwością mediów, które nie chcą lub nie umieją przekazać społeczeństwu osiągnięć głowy państwa.

Dość oczywista za to jest największa klęska — plajta idei IV Rzeczypospolitej, pod której sztandarem Lech Kaczyński wygrał wybory. Głowa państwa już raczej odpuściła sobie mrzonki o silnym ustroju prezydenckim. Chociaż — w tej akurat sprawie poglądy Lecha Kaczyńskiego i Donalda Tuska są wyjątkowo zbieżne, więc gdyby obaj rywale porozumieli się w sprawie nowelizacji Konstytucji RP, z terminem jej wejścia w życie 23 grudnia 2010 r. — to wszystko możliwe. Obstawiam jednak, że się nie porozumieją i obecna hybryda — czyli ustrój parlamentarno-gabinetowy z silną domieszką prezydencką — utrzyma się w Polsce jeszcze przez długie lata.

Na świecie nie występuje gatunek prezydenta, który dobrowolnie — no, chyba że z powodów zdrowotnych — zrezygnowałby z kandydowania na kolejną możliwą konstytucyjnie kadencję. W związku z tym krygowanie się Lecha Kaczyńskiego, że jeszcze nie podjął decyzji, nie ma sensu — zwłaszcza że jego reelekcja jawi się jedyną tratwą ratunkową Prawa i Sprawiedliwości oraz prezesa Jarosława Kaczyńskiego. I tak brzmi najbardziej treściwy wniosek na półmetku prezydenckiej kadencji.

Jacek Zalewski

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Od dzisiaj już z górki